Minął miesiąc od ostatniego posta.
Nie na darmo od tego zaczynam. O ile w zeszłym miesiącu umieszczałam sobie foty z kuchennych zmagań, bo nic nadzwyczajnego się nie działo, o tyle dziś jakoś ciężko mi zebrać zdarzenia do kupy, by móc je opisać.
Usiadłam kilka tygodni temu na balkonie. Niebo było gwieździste, Damian był przy mnie, między krzesłami wierciła się Kola. Spokój, ciepło, błogość. Pomyślałam, że udało mi się w życiu coś zbudować, że jestem szczęśliwa.
Kilka dni później mamę przywieziono do Poznania w ciężkim stanie z dwoma tętniakami w mózgu. I co... Nie było mi ciężko dlatego, że miałam spieprzone dzieciństwo, a teraz jeszcze to i muszę się martwić, kimś kto jest temu winien. Nie było mi żal, że dopiero co poczułam, że zaczęło mi się układać, a tu takie nieszczęście.
Nie.
Wszystko, od mojego najwcześniejszego wspomnienia przemknęło mi w głowie jeszcze raz, z zupełnie innej perspektywy.
Patrzyłam na kobietę, która przestała panować nad swoim życiem, która mu się poddała i przyjęła takim, jakie było. Widziałam, jak pogubiła się w rzeczywistościach, uznając za słuszną tą, w której łatwiej funkcjonować.
Czułam, kiedy błądzi, widziałam ból i bezradność gdy dochodziło do zderzenia ze światem.
Trudno mi było zrozumieć, jak proporcjonalnie do słabości rośnie uparcie... I wtedy to najbardziej przeszywa ból i gorycz, bo nie mogę zrobić nic widząc, jak człowiek upada...
I ta słabość właśnie sprawiła, że bez względu na wszystko, nie czułam żalu, nie robiłam życiowego bilansu, a trzymałam za dłoń i mówiłam "Mamo, dasz radę."
Pierwszy raz w życiu poczułam, że słowo mama i ona sama tyle dla mnie znaczą. Mimo wszystko...
Dziś jest już dobrze. Z pewnym Pomocnikiem wynegocjowaliśmy, że Boćka zostaje. To znaczy On negocjował, bo ja to ze sprawami niebiańskimi jestem jeszcze wciąż na bakier.
I jeszcze jedno. Ludzie boją się mówić, że są szczęśliwi, bo wtedy wszytko się sypie, jak domek z kart.
Ja nie dam się zastraszyć wstrętnym chochlikom.
Ja wierzę, że może być tylko lepiej.
niedziela, 17 czerwca 2012
niedziela, 13 maja 2012
No muszę to tu wrzucić!
Żeby nie było, że tylko narzekać umiem :D
Się pochwalę, a co ! Tradycyjnie, apetycznie, prosto i z miłością!
Gołąbki - do tych babcinych mi jeszcze sporo brakuje, niemniej wychodzą mi smaczne.
Tarta bananowo-czekoladowa podana z sorbetem malinowym, do doszlifowania.
Pizza - coraz lepsza! Może dlatego, że spodu już tak nie spiekam;)
Galart - poznański akcent.
Grochówka - nieskromnie napiszę, że pobiła sławkową (ojcową). Z niejednym facetem mogę więc stanąć w szranki ;)
Rosół - z kaczką od Zająca nie ma sobie równych!
Sałatka z kurczakiem i sosem czosnkowym też już opanowana do perfekcji.
I... moja specjalność - pierogi z kapustą i grzybami, tudzież z mięsem - mają już swoich wiernych fanów ;)
Żaden tam ze mnie Geir Skeie, ale gotować lubię i zdjęcia robić też. O.
Tak w temacie : http://www.youtube.com/watch?v=RhRkAzaDuyg&feature=related.
Się pochwalę, a co ! Tradycyjnie, apetycznie, prosto i z miłością!
Gołąbki - do tych babcinych mi jeszcze sporo brakuje, niemniej wychodzą mi smaczne.
Tarta bananowo-czekoladowa podana z sorbetem malinowym, do doszlifowania.
Pizza - coraz lepsza! Może dlatego, że spodu już tak nie spiekam;)
Galart - poznański akcent.
Grochówka - nieskromnie napiszę, że pobiła sławkową (ojcową). Z niejednym facetem mogę więc stanąć w szranki ;)
Rosół - z kaczką od Zająca nie ma sobie równych!
Sałatka z kurczakiem i sosem czosnkowym też już opanowana do perfekcji.
I... moja specjalność - pierogi z kapustą i grzybami, tudzież z mięsem - mają już swoich wiernych fanów ;)
Żaden tam ze mnie Geir Skeie, ale gotować lubię i zdjęcia robić też. O.
Tak w temacie : http://www.youtube.com/watch?v=RhRkAzaDuyg&feature=related.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Proszę już pokornie siły wszechmocne, aby przyszły ciepłe dni...
Żeby zrzucić z siebie kurtki, marynarki, szale.
Abym mogła zamknąć oczy i skierować twarz ku Słońcu...
Niech szybko zrobi się zielono i błękitnie, do przesytu!
Chcę znów, jak co roku, zachwycać się rubaszną wonią bzu...
I... Niech siły wszechmocne ześlą mi wyjazd nad morze... Tęsknię za moją błękitną sukienką, piaszczystym brzegiem, nieustającym szumem, łódką na horyzoncie, krwistym niebem, księżycem odbijającym się w leniwej fali i za tym czymś, uzależniającym, tkwiącym wewnątrz i zamykającym się w słowie błogostan.
Żeby zrzucić z siebie kurtki, marynarki, szale.
Abym mogła zamknąć oczy i skierować twarz ku Słońcu...
Niech szybko zrobi się zielono i błękitnie, do przesytu!
Chcę znów, jak co roku, zachwycać się rubaszną wonią bzu...
poniedziałek, 19 marca 2012
Ech...
Leżę tak sobie i zastanawiam się, czy nadejdzie taki moment, kiedy wreszcie będę miała z górki.
Nie będę się nad sobą użalać, bo już nawet mi się nie chce, zwyczajnie zaczynam przyjmować wszystko na klatę, a przez to i cycki mi ostatnio znacznie klapły !
Na przestrzeni roku dokonałam dwóch ważnych decyzji.
Jedną z nich było piątkowe wręczenie wypowiedzenia swoim przełożonym.
Wiele razy kręcę głową z niedowierzania, ale tym razem sytuacja w mojej pracy jest ... nieznośnie komiczna, i do ów kręcenia doszło jeszcze marszczenie brwi... A to już coś!
Zapieprzam jak wół, odwalam kawał roboty. Proszę o podwyżkę, bo mam najniższą stawkę, a jestem najstarszym pracownikiem [sic!] i wniosek dwukrotnie został odrzucony. Powód: "Bo nie ma sprzedaży".
No kurwa żesz mać.
Czy oni myślą, że mają do czynienia z idiotami?
Wysłałam maila do Zarządu z prośbą o bardziej logiczne argumenty, bo decyzja chyba była nieprzemyślana wobec tego, co dzieje się w firmie. Rzeczowo podałam podstawy prawne, na mocy których ubiegam się o podwyżkę, zaznaczyłam absurdalność zachowania, zażądałam wyjaśnień.
I co? Nic... Nikt nie odpowiedział. Przez miesiąc. Domniemam, że nawet nie wiedzieli jak...
Żeby było śmieszniej, odbywała się rekrutacja - i co się okazuje? Że nowy pracownik, często bez doświadczenia dostaje na wstępie większą pensję od mojej :-].
Pani Prezes jest ponadto na mnie śmiertelnie obrażona i mimo, iż sypie się jej cały oddział, bo na trzy osoby już dwie wręczyły wypowiedzenia, a u jednej to tylko kwestia tygodnia, dwóch, nie ma zamiaru ze mną negocjować.
Woli zapłacić kilka klocków za szkolenie, wysłać do placówki "żółtodzioba", niż o trzy stówy podnieść mi wypłatę zatrzymując tym samym dobrego pracownika. A że pyskatego, to inna sprawa...
Nie jest to zatem już kwestia jej honoru tylko totalna głupota ! Żeby nie napisać idiotyzm i niekompetencja.
Oczywiście moja mailowa interwencja odbiła się rykoszetem w skokowym światku, zachowanie było komentowanie różnie, przy czym uwagi przełożonych parafrazując brzmiały mniej więcej tak: napisałaś za ostro, mogłaś powiedzieć, że masz trudną sytuację, potrzebujesz podwyżki, że Ci nie starcza... A tak Prezesowa wkurzyła się ma maila i na pewno jej nie dostaniesz.
O ja cie... Aż mi krew w żyłach wrzeć poczęła...
Mój raczej bogaty język nie mógł oddać w słowach tego, co się w takim momencie czuje...
1300zł.
Każdy Klient obsłużony tak, jak należy. Wręcz z pasją, jakkolwiek to brzmi.
Nadgodziny. Wieczne.
Osiem miesięcy praktyki, na tę chwilę najwięcej.
Magister.
I ja mam się w tak upadlający sposób prosić o coś, co mi się należy?!
Nie muszę żebrać, nie jestem sama, łączenie dochodów wychodzi nam świetnie, zatem nie mam trudnej sytuacji, starcza mi do chuja.
Chodzi o rzeczy trochę inne.
Jakaś równowaga. Adekwatność.
Satysfakcja. Godność.
Nie po to wydrapałam się z trudnego domu, sama wykształciłam, żeby jakaś kobieta z klapkami na oczach demonstrowała mi swoje foszki i widzimisię. Ja wymagam rzeczowości. Kompetencji.
To są atuty, które wywołują moją pokorę, szacunek.
Za dużo widzę, za dużo rozumiem, żeby bez buntu obserwować tak durne sytuacje.
A skoro nie mogę nic zmienić, a Damian zabronił mi tworzenia "pożegnalnego maila", choć nie planowałam czynić wielkich wyrzutów, a raczej zwrócić uwagę, by w przyszłości mieć mniej hermetyczne poglądy i cenić nie ilość a jakość, to spadam.
Stracę jedynie pożal się Boże wypłatę.
Ale! Poznałam swoją wartość. Zachowałam godność.
Wszystko po coś się dzieje, widocznie jest gdzieś dla mnie jakieś lepsze miejsce, mam nadzieję, że już długo nie będę musiała na nie czekać.
A... Chyba jeszcze coś tracę... Tracę wszystkie te uśmiechy, które wywoływałam witając po imieniu lub nazwisku osoby, z którymi miałam przyjemność chociażby raz rozmawiać, stracę kilka pogodnych twarzy, które zawsze podchodziły do mnie, by zamienić kilka słów. I smutno mi gdy myślę, że Ci, którzy będą prosić przez telefon Panią Anię, już jej nie zastaną...
Przesrane tak mieć powołanie i traktować każdego człowieka jak ... człowieka...
Leżę tak sobie i zastanawiam się, czy nadejdzie taki moment, kiedy wreszcie będę miała z górki.
Nie będę się nad sobą użalać, bo już nawet mi się nie chce, zwyczajnie zaczynam przyjmować wszystko na klatę, a przez to i cycki mi ostatnio znacznie klapły !
Na przestrzeni roku dokonałam dwóch ważnych decyzji.
Jedną z nich było piątkowe wręczenie wypowiedzenia swoim przełożonym.
Wiele razy kręcę głową z niedowierzania, ale tym razem sytuacja w mojej pracy jest ... nieznośnie komiczna, i do ów kręcenia doszło jeszcze marszczenie brwi... A to już coś!
Zapieprzam jak wół, odwalam kawał roboty. Proszę o podwyżkę, bo mam najniższą stawkę, a jestem najstarszym pracownikiem [sic!] i wniosek dwukrotnie został odrzucony. Powód: "Bo nie ma sprzedaży".
No kurwa żesz mać.
Czy oni myślą, że mają do czynienia z idiotami?
Wysłałam maila do Zarządu z prośbą o bardziej logiczne argumenty, bo decyzja chyba była nieprzemyślana wobec tego, co dzieje się w firmie. Rzeczowo podałam podstawy prawne, na mocy których ubiegam się o podwyżkę, zaznaczyłam absurdalność zachowania, zażądałam wyjaśnień.
I co? Nic... Nikt nie odpowiedział. Przez miesiąc. Domniemam, że nawet nie wiedzieli jak...
Żeby było śmieszniej, odbywała się rekrutacja - i co się okazuje? Że nowy pracownik, często bez doświadczenia dostaje na wstępie większą pensję od mojej :-].
Pani Prezes jest ponadto na mnie śmiertelnie obrażona i mimo, iż sypie się jej cały oddział, bo na trzy osoby już dwie wręczyły wypowiedzenia, a u jednej to tylko kwestia tygodnia, dwóch, nie ma zamiaru ze mną negocjować.
Woli zapłacić kilka klocków za szkolenie, wysłać do placówki "żółtodzioba", niż o trzy stówy podnieść mi wypłatę zatrzymując tym samym dobrego pracownika. A że pyskatego, to inna sprawa...
Nie jest to zatem już kwestia jej honoru tylko totalna głupota ! Żeby nie napisać idiotyzm i niekompetencja.
Oczywiście moja mailowa interwencja odbiła się rykoszetem w skokowym światku, zachowanie było komentowanie różnie, przy czym uwagi przełożonych parafrazując brzmiały mniej więcej tak: napisałaś za ostro, mogłaś powiedzieć, że masz trudną sytuację, potrzebujesz podwyżki, że Ci nie starcza... A tak Prezesowa wkurzyła się ma maila i na pewno jej nie dostaniesz.
O ja cie... Aż mi krew w żyłach wrzeć poczęła...
Mój raczej bogaty język nie mógł oddać w słowach tego, co się w takim momencie czuje...
1300zł.
Każdy Klient obsłużony tak, jak należy. Wręcz z pasją, jakkolwiek to brzmi.
Nadgodziny. Wieczne.
Osiem miesięcy praktyki, na tę chwilę najwięcej.
Magister.
I ja mam się w tak upadlający sposób prosić o coś, co mi się należy?!
Nie muszę żebrać, nie jestem sama, łączenie dochodów wychodzi nam świetnie, zatem nie mam trudnej sytuacji, starcza mi do chuja.
Chodzi o rzeczy trochę inne.
Jakaś równowaga. Adekwatność.
Satysfakcja. Godność.
Nie po to wydrapałam się z trudnego domu, sama wykształciłam, żeby jakaś kobieta z klapkami na oczach demonstrowała mi swoje foszki i widzimisię. Ja wymagam rzeczowości. Kompetencji.
To są atuty, które wywołują moją pokorę, szacunek.
Za dużo widzę, za dużo rozumiem, żeby bez buntu obserwować tak durne sytuacje.
A skoro nie mogę nic zmienić, a Damian zabronił mi tworzenia "pożegnalnego maila", choć nie planowałam czynić wielkich wyrzutów, a raczej zwrócić uwagę, by w przyszłości mieć mniej hermetyczne poglądy i cenić nie ilość a jakość, to spadam.
Stracę jedynie pożal się Boże wypłatę.
Ale! Poznałam swoją wartość. Zachowałam godność.
Wszystko po coś się dzieje, widocznie jest gdzieś dla mnie jakieś lepsze miejsce, mam nadzieję, że już długo nie będę musiała na nie czekać.
A... Chyba jeszcze coś tracę... Tracę wszystkie te uśmiechy, które wywoływałam witając po imieniu lub nazwisku osoby, z którymi miałam przyjemność chociażby raz rozmawiać, stracę kilka pogodnych twarzy, które zawsze podchodziły do mnie, by zamienić kilka słów. I smutno mi gdy myślę, że Ci, którzy będą prosić przez telefon Panią Anię, już jej nie zastaną...
Przesrane tak mieć powołanie i traktować każdego człowieka jak ... człowieka...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





