niedziela, 24 listopada 2013
środa, 20 listopada 2013
W domach z betonu...
W domach z betonu jest tak, że człowiek całkowicie poddaje się rutynie.
Rutyna wysysa poczucie nieskrępowania, zabija talenty, odstrasza zmiany, tłumi szaleństwa i porywy, podcina ikarowe skrzydła.
Pozwala za to po kilkunastogodzinnej harówce wygodnie rozsiąść się w fotelu, wyłożyć przed siebie giry, obejrzeć spokojnie Fakty, poskakać po kanałach, wreszcie obczaić aktualności na Fejsie i pójść beztrosko spać. W weekend przypomni o sprzątaniu, praniu i pozwoli wyskoczyć do centrum handlowego.
Kiedyś nie czułam rutyny. Dziś już dyskretnie wylewa mi się ze spodni. Istniała, ale nie była w stanie zdominować mojego życia. No bo srać, jeść i zarobić na życie musi każdy. Ale już nie każdy powinien rezygnować z marzeń, temperować charakter na tyle, na ile wymagają tego konwenanse.
Jestem na siebie wściekła. Robię to, co muszę, zajebistość rozeszła mi się po bokach i wiecznie narzekam. Zamiast iść przed siebie, stoję bezradnie w miejscu i mam wrażenie, że wszystko mnie ogranicza. Nieśmiale wykrzesane iskry giną w sceptycznych komentarzach. A ja, jak zagnany cielak wracam pokornie do zagrody.
Nie chcę w niej być. Chcę czuć satysfakcję w życiu, bo żyje się tylko raz. Chciałabym, by pasja pochłonęła mnie bez reszty, mogę harować jak wół, ale chcę widzieć rezultaty swojej pracy i czuć, że robię coś pożytecznego.
Za chwilę minie 3 lata jak param się z cyferkami, to naprawdę nie moja bajka, strasznie się w niej męczę.
Odwagi na zmiany nie brakuje mi po nicponiu lub mocnym drinku, ale rankiem niezawodna rutynka mówi mi "Dzień dobry Aniu" no i dupa.
Jednak czasem potrafię dać jej w twarz. I straszliwie lubię te chwile.
Chyba już zacznę szykować dłoń.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Ubiegły rok dobrze mi się kojarzy. Obrona i zdanie prawa jazdy to były dla mnie milowe kroki.
Dwa tysiące trzynasty zaś zdecydowanie sprzyjał przyjemnościom - mam swojego Anioła, z kotwicą, która kojarzy się z moim kochanym morzem, ale przede wszystkim symbolizuje nadzieję.
Kilka kajakowych, bajecznych wypraw, i... wreszcie zajadałam się kalmarami, krewetkami, którym towarzyszył obłędny zapach prawdziwej, greckiej oliwy, nie wspomnę o ciepłym, słonym morzu, surowych skałach, gajach oliwnych, brzdękaniu przerośniętych świerszczy, lazurowych zatoczkach, czy magicznej Navagio... Moje zmysły kochają takie doznania... Choć nadal uważam, że najpiękniejsze zachody Słońca są nad Bałtykiem!
Co dalej?
Czekam na kilku chętnych, co zechcą przejść się ze mną wzdłuż Wybrzeża, chyba mi się ślub szykuje, no i zamierzam przeprowadzić remanent w swoim życiu zawodowym. No bo kuuurde, sprzedawca ze mnie nie najlepszy, za to orator wybitny :D Kusiak ze mnie, dziecię o przerośniętych ambicjach, ale ja wiem czego chcę, i prędzej czy później po to sięgam, w swoim tempie, w swoim stylu.
Już kilka razy pakowałam się, by ruszyć w nieznane - żadnego z wyborów nie żałuję.
Dobranoc...
Dwa tysiące trzynasty zaś zdecydowanie sprzyjał przyjemnościom - mam swojego Anioła, z kotwicą, która kojarzy się z moim kochanym morzem, ale przede wszystkim symbolizuje nadzieję.
Kilka kajakowych, bajecznych wypraw, i... wreszcie zajadałam się kalmarami, krewetkami, którym towarzyszył obłędny zapach prawdziwej, greckiej oliwy, nie wspomnę o ciepłym, słonym morzu, surowych skałach, gajach oliwnych, brzdękaniu przerośniętych świerszczy, lazurowych zatoczkach, czy magicznej Navagio... Moje zmysły kochają takie doznania... Choć nadal uważam, że najpiękniejsze zachody Słońca są nad Bałtykiem!
Co dalej?
Czekam na kilku chętnych, co zechcą przejść się ze mną wzdłuż Wybrzeża, chyba mi się ślub szykuje, no i zamierzam przeprowadzić remanent w swoim życiu zawodowym. No bo kuuurde, sprzedawca ze mnie nie najlepszy, za to orator wybitny :D Kusiak ze mnie, dziecię o przerośniętych ambicjach, ale ja wiem czego chcę, i prędzej czy później po to sięgam, w swoim tempie, w swoim stylu.
Już kilka razy pakowałam się, by ruszyć w nieznane - żadnego z wyborów nie żałuję.
Dobranoc...
wtorek, 27 sierpnia 2013
Bo najgorzej, to gdy się drzazgę w czyimś oku widzi, a w swoim belki nie dostrzega.
Mam garstkę Przyjaciół. Prawdziwych.
Wiem, że kiedy będę potrzebowała pomocy, będą obok. Kiedy coś zrobię nie tak, odpowiednio skomentują zachowanie, przywrócą do pionu. I vice versa.
Wiem też, że mam grono Znajomych, z którymi czuję się swobodnie, radośnie. Lubię wspólne wyskoki na miasto czy spotkania przy suto zastawionym stole i dobrze schłodzonej flaszce.
Odskocznią są rozmowy o wszystkim i o niczym, wspólny śmiech, bo wszystko to skutecznie ładuje baterie na dzielne mierzenie się z codzienną rutyną.
Nie zawsze jest jednak sielankowo. Czasem ktoś kogoś rozjuszy, zirytuje. Czasem się coś chlapnie nieumyślnie, zrobi przez przypadek. Jesteśmy tylko ludźmi.
I aż ludźmi.
Na naszą konstrukcję składają się zalety i wady.
Jeśli nazwę kogoś przyjacielem, to robię to z pełną odpowiedzialnością i biorę na klatę cały pakiet cech, które miałam przecież okazję już poznać. Ta sama zasada obowiązuje w gronie bliskich znajomych.
Przynajmniej u mnie.
Człowiek to nie rzecz - dziś ją biorę, bo jest fajna, jutro mi się coś nie spodoba to dupą się odwracam i cześć czołem. To nie towar, nie podlega zwrotowi, wymianie.
Nie chciałabym mieć wśród swoich Przyjaciół osób, które w problemowej sytuacji nie prowadzą dialogu, a monolog i zatrzaskują mi drzwi przed twarzą, kiedy chcę otworzyć usta.
Nie toleruję ludzi, którzy nazywają siebie przyjaciółmi, ale leją srogo kijem, widząc właściwie tylko swój koniec.
A totalnie nie znoszę zakłamania i scenek rodem z oper mydlanych, gdzie pod maską prawości i nieskazitelności kryją się paple, przez które aż nie raz uszy chcą odpaść...
Być tak bezczelnym w biały dzień. Niepojęte...
Cieszę się, że moi Bliscy tolerują mnie taką, jaką jestem.
I nie każą mi się zmieniać.
To bezcenne - móc być sobą w tej dobrej i złej odsłonie.
Dziękuję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



