Nie umniejszając sympatii do czasów gimnazjalnych, jednak licealne bardziej zapadły mi w pamięci...
Może dlatego, że szaleńczo zrywało się zakazane owoce...
Od kilku dni uśmiecham się do wspomnień, a przyczynkiem są moje praktyki.
Gdyby tak chronologicznie przejść przez każdą klasę, można by z mojej pamięci wyłuskać wycieczkę, bodaj do Wrocławia, podczas której pierwszy raz byłam w teatrze i zakochałam się od razu! Wtedy też na tyłach autokaru, pojednawczo, zapoznawczo, integracyjnie oraz hucznie rozlewała się zza pazuch kolegów i koleżanek wódka!
Potem... chyba dyskoteka szkolna, jedyna zresztą podczas naszego pobytu w szkole średniej. Ale jaka! Pierwszy raz upiłam się i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że widziałam dźwięk, który odbijał się od kafelków w toalecie. Co więcej! Aby zneutralizować zapach alkoholu, dołożyłam wszelkich starań: żułam gumę, ssałam miętówki, był nawet hools, w końcu lizanie mydła... Fe! Do tej pory pamiętam ten "smak" i zdecydowanie to najgorsza rzecz, jaką miałam w buzi:P
Dalej... działki! Oj... Nawet teraz nie mogę powstrzymać śmiechu.
Primo - pierwsza nalewka, wyskubane 5,20 po złotówce na łebka.
Secundo - faza. Zawiśnięcie na furtce, przewieszenie się przez siatkę, nie pamiętam jak uzbierany najpiękniejszy bukiet kwiatów w moim życiu, Chażol do tej pory nie chce mi powiedzieć, jak tego dokonałyśmy, pewnie sama nie pamięta, choć twierdzi inaczej;)
Tertio - trzydziestostopniowy upał, a ja zawinięta w koc, pod wisienką, niczym kokonik, doprowadzałam się drogą snu do stanu MWDD ('mogę wrócić do domu').
Quatro - jak już do tego domu wróciłam i ściągnęłam chustę z głowy, okazało się, że i Słońce pozostawiło wyraźne ślady na mojej buźce.
Wypad na działkę Karolci, pod Koninem !
Pierwszy raz zbratałam się z maryśką - wraz a Agą, na ogromnym materacu zaczęłyśmy śmiać się z gwiazd, przez gwiazdy albo do gwiazd, nie wiem...:) Potem robienie żółwia w zbożach, rower, który okazał się dręczycielem, w końcu rozmowa o orgazmach, pakowanie śpiwora i zwichnięta kostka...
Aj! Wycieczka! Do Brodnicy! Mój ulubiony śpiwór, który odjechał w dal, syry Błażka przed moją twarzą, noc na huśtawce, "PIERZAKI !!!", kankan na suficie, rola dyrygenta ptasiej orkiestry, w końcu "tajne" wynoszenie butelek - akcja sprzątania po biwaku, klasowa droga na stopa do Brodnicy, żeby zdążyć na pociąg i zmęczenie - mimo wszystko ukoronowane uśmiechem...
Musztra przed lekcją z przysposobienia obronnego, kiedy przez przypadek, sprowokowana przez Madzię, która lubiła łapać mnie za tyłek, złapałam kolegę za jajka, chcąc "jej" oddać, pech chciał, że tylni rząd musiał przesuwać się właśnie o jedną osobę...
No i jesio pielgrzymka przed maturami do Częstochowy, jakby nie było, punkt zwrotny z mojej znajomości z Damianem!
Mogłabym tak pisać w nieskończoność...
I jeszcze jedno...
W naszej klasie zabrakło dwóch osób. Dziś nie ma już Ich z nami.
Z jedną byłam bardzo zżyta, ale poróżniła nas ludzka zawiść i twarde charaktery... Za twarde na słowo "przepraszam", które niestety nie zdążyło paść...
Puenta będzie banalnie prosta. Podanie ręki naprawdę kosztuje znacznie mniej, niż dozgonny wyrzut sumienia...
wtorek, 5 października 2010
środa, 29 września 2010
Zadżipiesowana
No i stało się.
Wczoraj.
Wrześniowy, ponury, zimny, deszczowy wieczór. A w sercach gorąco.
Damian zabrał mnie do teatru na sztukę "Ożenek".
Po przedstawieniu zaprosił na kolację, do restauracji. Zjedliśmy pyszne kalmary i polędwiczki. Kiedy powiedział, że ma jeszcze jedną niespodziankę, rzuciłam bezmyślnie tekst : Tylko mi z pierścionkiem teraz nie wyskakuj. No i kurcze wyskoczył... !
Nie wiem, jak zapytał, co odpowiedziałam... Wiem, że się zgodziłam - pamiętam tylko strach i radość w Jego oczach. I kelnerkę, która zauważyła co się właśnie wydarzyło, bo przyniosła nam drinki ze świecą, życząc szczęścia... No i cichutko, dyskretnie przeżywaliśmy tę chwilę. Magiczna...
Wychodząc, podeszliśmy do stolika przy którym siedzieli aktorzy, nota bene znani nam i grający w "Ożenku". Podziękowałam za przedstawienie i dodałam, że zostanie nam w pamięci, bo chwilę po nim, w restauracji pod tą sceną mój chłopak poprosił mnie o rękę, i mam nadzieję, że nie ucieknie przez okno (zakończenie spektaklu)!
O mało nie rozlały się do kieliszków hucznie zamówione przez jednego z Panów szampany!, ale nie chcieliśmy nadużywać gościnności. Zresztą to był nasz czas.
Nigdy spacer mokrymi ulicami nie wydawał mi się tak intymny. Szliśmy pod rękę, elegancko ubrani, świeżo zaręczeni, mijali nas ludzie i nie mieli pojęcia co się dzieje. A my milcząc, tylko wymienialiśmy się spojrzeniami, uśmiechami, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Dziękuję, że kochasz mnie taką, jaką jestem.
wtorek, 28 września 2010
Na chwilę
Szceść, może siedem lat temu napisałam "wiersz":
Na złość - nie wiem komu
poobgryzałam paznokcie.
I już nie będę o nie dbała.
Rzuciłam szyszką o drzwi
i wytarłam nos w pidżamę.
Przestałam płakać.
Sformułowałam sobie na koniec puentę:
Ludzie ludziom potrzebni są tylko na chwilę.
...i znów siedzę bezradna,
nie mogę powstrzymać łez
- wciąż nie rozumiem,
jak można tak zadrwić z człowieka.
Nie wiem, jak kto oceni wartość artystyczną. Nie interesuje mnie to. Bo i nie o to chodzi.
Składając linijki, naprawdę płakałam i naprawdę osmarkałam rękawy. Wtedy pierwszy raz doświadczyłam egoizmu połączonego z bezmyślnością.
Sytuacja była banalna, tysiąc nastolatek na sekundę to pewnie przechodzi.
Wybrałam się z kolegą na koncert, kolega mi się podobał, kolega wypił za dużo, koledze zebrało się na czułości, ja jednak niepewna swych wdzięków byłam zimna obojętna, kolega pożegnał się, robiąc mi nadzieję, po czym milczał tydzień, dopóki do niego nie napisałam. Odpowiedź była bardzo bolesna, bowiem wprost mówiła, że to nie powinno się stać, nie ma znaczenia, nie ma mi nic do powiedzenia i takie tam...
Wtedy Ludzie ludziom potrzebni są tylko na chwilę odnosiło się do zawodu miłosnego.
Dziś już nie tylko.
Ludzie zaczynają mnie przerażać.
Egoizm sprytnie kamuflują pod maską altruizmu.
Prosta empatia to zabieg nie wart zachodu.
A łańcuszek bezmyślnych czynów przyprawia mnie o wytrzeszcz oczu i wstrzymanie procesu analizy, bo ciężko pewne rzeczy pojąć...
Nie stajemy ze sobą na równi. Nie liczymy się ze sobą. Z uczuciami.
Każdy w promieniu trzydziestu centymetrów czy kilometra, staje się obiektem konwencji marionetkowej - może i nieświadomie ale z chęcią byśmy nim podyrygowali, pobawili się, wzięli to, co nam potrzebne, a jak pacynka staje się niewygodna, kłopotliwa, nudna, no to ciach na bok, po co się męczyć.Nawet z szacunkiem nie potrafimy jej odłożyć... Nie wspomnę o nie braniu do łap zabawek, którymi jednak nie potrafimy się bawić.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


