poniedziałek, 2 stycznia 2012

prl

Ostatnio widzę jakąś modę na PRL.
Tendencje są dwie: albo ukazywany jest w konwencji "niewiarygodne, ale prawdziwe", z przymrużeniem oka, sarkastycznie, albo skupia się na ukazaniu strajków, sytuacji polityczno-społecznej i dramatycznych historii ludzi walczących z systemem.
Dziś obejrzeliśmy z Damianem "Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł". To bodaj trzeci film w takim klimacie, jaki widziałam. I za każdym razem na koniec jestem wkurwiona.
A dlaczego?
Więcej uwagi przykłada się w szkole na opanowanie wiedzy z zakresu historii i dziedzictwa kulturowego Grecji, Rzymu, trzy lekcje razy trzy poziomy edukacji tłumaczy się kurwa co to było liberum veto w jakimś tam XVII wieku, na WOSie pół podręcznika zapieprzone jest cudowną działalnością UE, a ja, mając 25 lat dopiero dowiaduję się i uzmysławiam sobie, co działo się 40, 30, 20 lat temu... Sama czytam, kopię i drążę temat.
Naprawdę wcześnie można zacząć uświadamiać młodych ludzi, tłumaczyć im najnowszą historię, wychować "rozumne" pokolenia. Narzędzi jest mnóstwo, a fakty ciekawe!
Ale... Cóż zrobić, jak zewsząd wali formaliną...
Grunt to nie przesiąknąć.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

1, 2, 3, 4, 5.

Dawno mnie nie było...
Bo i wszystko na wariackich papierach. Ale wreszcie spokój.

Primo - przeprowadzka. Wreszcie wiem, że nie wyrzucam pieniędzy w błoto i nade wszystko wspólnie mogę z kimś budować DOM. Taki, jaki zawsze pragnęłam mieć. Spokojny, bezpieczny.

Secundo - oddałam pracę magisterską. W środę okaże się, czy jest bardzo, średnio czy mało do dupy, a później pytanie, czy barykada w dziekanacie jest do przeskoczenia, tudzież czy da się głową przebić mur, i wreszcie czy Prodziekan skieruje kciuk do dołu lub do góry...

Tertio - kurwa pierwszy raz w życiu odebrało mi mowę!
Jadę sobie 3 tygodnie temu z biblioteki, jadę, jadę i coś ten autobus jakiś niemrawy, spoglądam do przodu, widzę korek. Ale nic, nawet się nie zdenerwowałam. Po kilkunastu metrach zauważyć się dało migające światła od karetki i wozów straży pożarnej.
Wypadek.
Przejeżdżając stanęliśmy tak, że wszystko było widać, a ponieważ zrobił się korek w korku, tkwiliśmy tak jakieś pięć minut.
Spojrzałam i widząc totalnie rozwalone auto, człowieka, którego na moich oczach właśnie wsadzają do karetki, roztrzęsionych obok ludzi, już po kilku sekundach miałam dość, odwróciłam głowę i standardowo prawie się rozryczałam.
Minęły dwie minuty, oczywiście wszyscy w autobusie komentowali "widowisko" i najlepsze: jakiś kurwa dureń jebany wyciągnął lustrzankę i zaczął robić zdjęcia. Jedno, dwa rozumiem, choć i tak byłam oburzona. Ale se kurwa cykał jedno za drugim, bo na "Fejsa se wrzuci".
I mi mowę odebrało. No jak bum cyk cyk. Tak go chciałam zjebać, że sumienia nie ma ani kultury i poszanowania dla człowieka, kiedy widzi czyjąś tragedię, ale niewyobrażalne to dla mnie było, że tak można się zachować i mi kurwa i mózg i język zaniemógł...
Nic tylko mu włożyć obiektyw w dupsko i kopnąć tak, żeby mu się do końca życia odechciało robić takich zdjęć...

Quatro - jak uporam się z magisterką, zmieniam pracę. Nie lubię ludzi nieprofesjonalnych, którzy kierują się sympatiami i antypatiami, na tyle silnie, że rzutuje to na pracę zespołu.

Quinto - pragnę poukładać sobie wreszcie życie. I czuję, że przyszły rok wreszcie zacznie malować na mojej twarzy beztroski uśmiech...

piątek, 21 października 2011

Niepojęty ten świat...
Nie wiem czy to jesienne przesilenie czy już się starzeję, ale życie do mnie zaczęło docierać. Takie prawdziwe, odarte ze sztubactwa, głupoty, górnolotności.
Czuję, jakby ktoś do stóp przypiął mi ogromne, ciężkie kule tak, że nad ziemię już unieść się nie ma jak...


I tym razem nie o moje niezadowolenie chodzi. Każdego dnia siadają vis a vie mnie ludzie tak różni od siebie, tak ciekawi, a każdy ma w sobie jakąś historię, wobec której nie umiem być obojętna.
Czasem nie pojmuję, czasem się dziwię, innym razem śmieję do rozpuku, kiedy indziej wracam do domu przybita. Jednak o pracy pisać nie mogę, bo mam obowiązek zachowania tajemnicy bankowej, prywatności i te inne terefere, a szkoda, bo czasem mam takie studium przypadków, że mażna książkę napisać...
Jakkolwiek by nie było nauczyłam się szacunku do ludzi i nade wszystko, by nie oceniać nikogo po pozorach.

Wobec starszych, których mijam w sklepach czy tramwaju, obiecałam sobie też, że już będę łagodniejsza. W środę byłam w aptece. Stoję w jebitnie długiej kolejce. Oczywiście same dziadki, stąpają, wiercą się, pokazują niezadowolenie, bo tylko jedna pani obsługuje... Tak im się spieszy, o jeny kochany, a pod tą niecierpliwością pewnie jakiś Klan się kryje czy nie wiem co to tam teraz w tv leci... No ale chuj, myślę sobie wytrzymam.
Nagle łomot i starszy pan leży na ziemi, wszyscy dobiegli. Podniesiono go i posadzono na krześle. Blady, zmieszany, jeszcze nie do końca władnymi dłońmi ocierał pot z czoła.
Założył kapelusz, rozluźnił szalik.
A mi nie wiem czemu napłynęły łzy do oczu. No ja pierdole. Nawet nie wiem, jak to wszystko opisać...
Totalna bezradność, świadomy umysł, a ciało już ułomne...
Niesamodzielność, przewracanie się na ulicy, litościwy wzrok ludzi kontra zacięcie, że jeszcze się da radę, że trzeba dać radę... A się nie daje rady... I tak już do końca... W jego oczach widziałam przerażenie. Naprawdę. I pierwszy raz w życiu zaczęłam się bać starości.

Zmiana tematu.
Praca z cyferkami już czyni spustoszenie w moim małym móżdżku ;)
Wracałam ostatnio do domu i do domofonu wstukałam kod do multisejfu. Mój komentarz też był iście ekonomiczny i brzmiał : " kurwa...".
Wczoraj też na potęgę potwierdzałam kod  wejścia do bloku slashem, a nie kluczykiem, a prywatny telefon odbieram formułą: SKOK Zachodnia, Anna Kusiak, słucham ...


Jeszcze się jesień porządnie nie zaczęła, a ja już tęsknię do lata... Do zwiewnych sukienek, sandałków, słońca, ciepłego deszczu, dusznego powietrza i ... zapachu morza, kojącego szumu fal...




  I nuta do tego:  http://www.youtube.com/watch?v=_LaAcR0HJH8

poniedziałek, 26 września 2011

Bo z ludźmi to...

z reguły jest tak, że albo się kogoś lubo, albo nie.
Albo wkurwiają, albo intrygują.
Absorbują, odpychają.
Budzą zaufanie lub sprawiają, że człek pary z gęby nie ma ochoty puścić.
Bywają też oczywiście relacje bardziej skomplikowane. Ale nie o tym teraz.

Miałam kiedyś nauczyciela. Takiego z powołania!
Człowiek złoto.
Życie w kość mu dało, do wszystkiego dochodził sam siłą swojego rozumu, niezawodnym optymizmem i niebanalnym uporem.
Prosty, życiowy, pomocny, szalenie empatyczny człowiek.
Szczerze, z łezką w oku wspominam wszystkie lekcje, wycieczki i spotkania. Pamiętam wrażliwość i otwartość, jaka płynęła od tej osoby.

Dziś, kiedy złapał Pana Boga za nogi, bo i wysokie stanowisko na koncie, szczęśliwa rodzinka, pół świata zwiedzone, jakoś nie ten sam człowiek.
I nie chodzi o zazdrość, bo każdy kibicował, trzymał kciuki i życzył sukcesów. 
A teraz...
Bije patosem, pychą, arogancją.
Gdzieś na drodze wspinania się po drabinie, która prowadzi do samozachwytu i łechtaniu niegdyś niedopieszczonego ego, pogubiły się wartości, jakie ceniliśmy najbardziej.
BTW. I bolało, gdy dawno,dawno temu raz jedyny zdobyłam się poprosić kogoś o pomoc dla mamy i usłyszałam oschłe "nie" i generalnie coś, co świetnie zamknie się w słowach "mam wyjebane, pocałuj mnie w dupę".
Ja wiem, że ludzie się zmieniają. Ja też się zmieniłam. Ale tak drastyczne zmiany bolą najbardziej.
A gorycz staje się tym większa, kiedy i z ust innych płyną niepochlebne epitety, a wkoło ludzie kręcą głową z niedowierzaniem, co to sie może porobić z człowiekiem...

Jak mi się kiedyś w głowie tak poprzewraca, to niech mnie ktoś porządnie pierdolnie w łeb.