
No i już po wszystkim...
Po Świętach, po Sylwestrze.
Od poniedziałku "od nowa Polska Ludowa" (jeśli nie prędzej)...:)
Dziwi mnie zawsze, ileż samozaparcia i świeżości daje jedna noc, jedno przejście z 31 na 1, przecież jedenaście razy do roku to powtarzamy, a kiedy nastaje nowy rok, symbolicznie chcemy żegnać stary, a hucznie witać ten nastający... I ta chwila, kiedy wzrok śledzi kolorowe "bombajerki" a gdzieś tam głęboko w nas dokonuje się szybki przegląd tego, co przeżyliśmy, zamknięty wnioskiem, że teraz musi być lepiej. I nie wiem jak u Was, ale u mnie góruje chyba bardziej refleksyjna myśl, kurczowo trzymająca się starych dziejów, bo już wiem jak było, co przeżyłam, że dałam radę, bo oto tu stoję szczęśliwa i zdrowa, teraz jestem bezpieczna, a nie wiem w ogóle co mi przyniesie nowy rok. A przecież kurcze to zwykła kontynuacja... Mija szał i żyjemy dalej... Prawie tak samo... Prawie, bo może ktoś chce rzucić palenie, zażegnał spór itp, ale to wszystko jednak jest siłą (próbą?) świadomości, charakteru, którą podjudza takie symboliczne przejście.
Noc sylwestrową spędziłam z Damianem. Zostaliśmy sami, ale nie napiszę, że niestety;). Było spokojnie, sympatycznie. Pewnie większość szalała na domówkach, balach, w górach, a myśmy mieli Sylwestra z Dwójką i Polsatem ;). Pośmialiśmy się z Norbiego, bo dostał zadyszki, z Dody i Maryli - coraz więcej inspiracji Nergalowych w tych występach się pojawiało, zjedliśmy przepyszną kolację, którą przygotowywałam z niespotykaną u mnie starannością - zresztą spójrzcie na zdjęcie ;)Zapiekanka była zajebista! Było pół godziny myziania w nagrodę!!! W Nowym Roku polał się do kieliszków Cin Cin, więc jedynie dobrobyt może to wróżyć i już...
I tylko cisza poranna, bez samochodów, stuków butów była dziwna... Za oknem żywej duszy nie ma, tego nie lubię.
Postanowień noworocznych nie mam. Zmądrzałam i wiem, że już nie ma sensu, bo ja taki tłuk jestem, że szkoda gadać. Słomiany zapał mam... A tyle mogłabym/powinnam! sobie postanowić! Że sesję zdam w maju, będę bardziej sumienna, przestanę robić wszystko na ostatnią chwilę, et cetera, et cetera... Ale ja się znam... Chodzący chaos, a w chaosie nigdy nie zapanuje porządek...
Lepiej więc zmiany wdrażać mimochodem, aniżeli sobie coś obiecywać, drastyczne cięcia robić i potem mieć do siebie żale ;).
Damian np. obiecał sobie, że będzie spożywał śniadania.
(D:)--Będę jadł np. zapiekanki, a jak nie będzie zapiekanek to kanapeczki mogę jeść...
(A:)--No tak, ale co Ty myślisz, że ja będę robić te kanapeczki? O nie... Ja też bym chciała obiecać sobie, że będę jadła na śniadanie kanapeczki...
(D:)--O! To będziesz robić więcej!
No i mnie załatwił...:) I tak to jest z postanowieniami...
Wiem jednak, czego chcę. Chcę zacząć pisać książkę, ale się boję, że mnie wydziedziczą;).
Chcę pozbyć się kompleksów.
Chcę zacząć robić coś z pasją. Dużo dał mi ten blog. Uświadomił mi, że mam potrzebę sublimacji i nic tego nie zmieni;). Dziękuję też tym, którzy pozwalają mi w to wierzyć...
Chcę ograniczać rutynę. Chcę chwytać dzień, bo wiem, że pewne rzeczy mogą mi umknąć bezpowrotnie.
I to nie są postanowienia, to myśli, które mam w główce od jakiegoś czasu i tiptopami do czegoś dążę wciąż i wciąż... Czekać tylko aż nabiorę rozpędu;) Hmm, małe kroki dla ludzkości, ale wielkie dla Qsiaka!
Dobra, to by było na tyle. Idę smażyć pyry.

