niedziela, 2 stycznia 2011
Pierwszy raz w życiu chciałabym wymazać rok z pamięci. Cały, calusieńki. Naprawdę.
Był chaotyczny, o ile w chaosie znajduję się zwykle doskonale, o tyle ten mnie przytłoczył, zmiażdżył emocjonalnie.
Łzy się same do oczu cisną, kiedy jak na "masochistę" przystało wspominam styczeń, marzec, kwiecień, wrzesień, grudzień...
I jeszcze jedno.
Słowa mają gównianą wartość. Słowom się nie wierzy. Obiecywać można bez końca. I łudzić się można bez końca.
wtorek, 21 grudnia 2010
I po praktykach. Na szczęście.
Zostały ze mnie tylko pryszcze i kilkadziesiąt kilogramów mięsa, z którego wyparowała energia życiowa.
Kurwa.
Przeciętny gimnazjalista to nic innego, jak chodzące, skompresowane chamstwo i cynizm. Na trzydzieści osób w klasie, dwadzieścia siedem ma wszystko w dupie. No i niech ma. Matmę też miewałam głęboko w zadzie, ale nauczyciel to był autorytet, jakiś tam. Człowiek, do którego należało odnosić się z szacunkiem.
Tymczasem dziś, po 8 czy 9 latach wchodzę do szkoły i widzę, że nauczyciel to zastraszona marionetka.
Po pierwsze nic kurwa nie można zrobić z bandą roztrzepanych gówniarzy, bo mają orzeczenia, że na przykład ADHD jest. Jak ja miałam ADHD, dostałam porządny wpierdol i znikała nadpobudliwość, dysleksja, kłopot z tabliczką mnożenia i dzieleniem pod kreską.
Jedynka była jedynką, bez popraw, a olewusów nic tak nie motywowało, jak NIENEGOCJOWALNY kapeć na półrocze.
Za pyskówkę na lekcji leciało się na dywanik do dyrektora i wzywano rodziców. A rodzice słuchali, w domu profilaktycznie opierdalali, pilnowali i jakiś spokój był.
A teraz? Tego się nawet opisać nie da. Liberalizm to za słabe słowo. Totalna rozpierducha. Brak dyscypliny. Brak szacunku do czegokolwiek. A moje narzędzia OBRONY są arcygenialne, arcymocne, gimnazjaliści drżą! Uwaga! Co najwyżej minus, jedynka za pracę na lekcji, punkty za zachowanie, do 40 w ciągu zajęć, a w konsekwencji nic nie dają, bo i tak, gamoń jeśli się zacznie starać, na 2 tyg przed wystawieniem ocen ma prawo wszystko poprawić, chuj, że trzy miesiące dłubie mi na lekcjach w nosie, łyka babole i przeszkadza.
A jak będę konsekwentna - zostałam ostrzeżona - czeka mnie wieczna wojna z rodzicami, później dyrektorem, i kuratorium będą straszyć...
No ja pierdziele...
Jak w każdym gimnazjum, szkole tak będzie, to ja muszę się przekwalifikować. Zamiast wytykać "niekompetencje" nauczycielom, może zaczną kurwa weryfikować wiedzę gamoni, skonfrontowaną z tymi, co się uczą się, jak należy.
A skoro powszechnie wiadomo, że gimnazjum to najcięższy etap, dlaczego statuty i całą reszta ustaleń jest tak pobłażliwa? No błędne koło jakieś...
Ja tam nie zamierzam się jakoś namiętnie dostosowywać.
Dyktować mogą mi co najwyżej listy lektur i plany wynikowe. Dostosować mogę się do szkoły, ale już nie do rozpierdolnika.
I tak mi dopomóż Bóg.
Zostały ze mnie tylko pryszcze i kilkadziesiąt kilogramów mięsa, z którego wyparowała energia życiowa.
Kurwa.
Przeciętny gimnazjalista to nic innego, jak chodzące, skompresowane chamstwo i cynizm. Na trzydzieści osób w klasie, dwadzieścia siedem ma wszystko w dupie. No i niech ma. Matmę też miewałam głęboko w zadzie, ale nauczyciel to był autorytet, jakiś tam. Człowiek, do którego należało odnosić się z szacunkiem.
Tymczasem dziś, po 8 czy 9 latach wchodzę do szkoły i widzę, że nauczyciel to zastraszona marionetka.
Po pierwsze nic kurwa nie można zrobić z bandą roztrzepanych gówniarzy, bo mają orzeczenia, że na przykład ADHD jest. Jak ja miałam ADHD, dostałam porządny wpierdol i znikała nadpobudliwość, dysleksja, kłopot z tabliczką mnożenia i dzieleniem pod kreską.
Jedynka była jedynką, bez popraw, a olewusów nic tak nie motywowało, jak NIENEGOCJOWALNY kapeć na półrocze.
Za pyskówkę na lekcji leciało się na dywanik do dyrektora i wzywano rodziców. A rodzice słuchali, w domu profilaktycznie opierdalali, pilnowali i jakiś spokój był.
A teraz? Tego się nawet opisać nie da. Liberalizm to za słabe słowo. Totalna rozpierducha. Brak dyscypliny. Brak szacunku do czegokolwiek. A moje narzędzia OBRONY są arcygenialne, arcymocne, gimnazjaliści drżą! Uwaga! Co najwyżej minus, jedynka za pracę na lekcji, punkty za zachowanie, do 40 w ciągu zajęć, a w konsekwencji nic nie dają, bo i tak, gamoń jeśli się zacznie starać, na 2 tyg przed wystawieniem ocen ma prawo wszystko poprawić, chuj, że trzy miesiące dłubie mi na lekcjach w nosie, łyka babole i przeszkadza.
A jak będę konsekwentna - zostałam ostrzeżona - czeka mnie wieczna wojna z rodzicami, później dyrektorem, i kuratorium będą straszyć...
No ja pierdziele...
Jak w każdym gimnazjum, szkole tak będzie, to ja muszę się przekwalifikować. Zamiast wytykać "niekompetencje" nauczycielom, może zaczną kurwa weryfikować wiedzę gamoni, skonfrontowaną z tymi, co się uczą się, jak należy.
A skoro powszechnie wiadomo, że gimnazjum to najcięższy etap, dlaczego statuty i całą reszta ustaleń jest tak pobłażliwa? No błędne koło jakieś...
Ja tam nie zamierzam się jakoś namiętnie dostosowywać.
Dyktować mogą mi co najwyżej listy lektur i plany wynikowe. Dostosować mogę się do szkoły, ale już nie do rozpierdolnika.
I tak mi dopomóż Bóg.
czwartek, 11 listopada 2010
Dawno mnie tu nie było!
Wracam, jako dumna studentka piątego roku. Indeks zdałam w imponującym terminie, tj. wczoraj, 10 listopada. Celebracja oddania go do rąk Pani Dziekanatowej wzbogacona została nowym obyczajem, mianowicie musiałam napisać na śnieżnobiałaej kartce, najlepiej własną krwią, podyktowaną, jakże wzniosłą klauzulę:
Zwracam się z uprzejmą prośbą o wstrzymanie procedury skreślania z listy studentów i przywrócenie mnie w poczet studentów piątego roku.
W przeciwieństwie do zeszłorocznych zmagań, tym razem obyło się bez uszczypliwości ze strony Pań Dziekanatowych, których arogancja jest wprost proporcjonalna do tuszy.
Na zakończenie wizyty, nie wiem czemu, może dlatego, że przypomniała mi się sentencja z pamiętnika, napisana przez mojego wujkobrata, postanowiłam się uśmiechnąć, podziękować i życzyć miłego dnia, tak, tak Paniom z dziekanatu...
Skutków mojego zachowania nie da się opisać słowami... Trzy pary oczu w chuj zdziwionych, i jedno oschłe "dowidzenia" tej, co mnie "obsługiwała".
Uprzejmość i życzliwość - awangarda w dziekanacie...
A sentencja, o której wspomniałam, brzmiała następująco:
Dobro i zło należy pamiętać wiecznie. Dobro, ponieważ wspomnienie, że kiedyś nam je wyświadczono, uszlachetnia nas. Zło, ponieważ od chwili, w której nam je wyrządzono, spoczywa na nas obowiązek odpłacenia zań dobrem.
wtorek, 5 października 2010
Wspominki. Liceum.
Nie umniejszając sympatii do czasów gimnazjalnych, jednak licealne bardziej zapadły mi w pamięci...
Może dlatego, że szaleńczo zrywało się zakazane owoce...
Od kilku dni uśmiecham się do wspomnień, a przyczynkiem są moje praktyki.
Gdyby tak chronologicznie przejść przez każdą klasę, można by z mojej pamięci wyłuskać wycieczkę, bodaj do Wrocławia, podczas której pierwszy raz byłam w teatrze i zakochałam się od razu! Wtedy też na tyłach autokaru, pojednawczo, zapoznawczo, integracyjnie oraz hucznie rozlewała się zza pazuch kolegów i koleżanek wódka!
Potem... chyba dyskoteka szkolna, jedyna zresztą podczas naszego pobytu w szkole średniej. Ale jaka! Pierwszy raz upiłam się i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że widziałam dźwięk, który odbijał się od kafelków w toalecie. Co więcej! Aby zneutralizować zapach alkoholu, dołożyłam wszelkich starań: żułam gumę, ssałam miętówki, był nawet hools, w końcu lizanie mydła... Fe! Do tej pory pamiętam ten "smak" i zdecydowanie to najgorsza rzecz, jaką miałam w buzi:P
Dalej... działki! Oj... Nawet teraz nie mogę powstrzymać śmiechu.
Primo - pierwsza nalewka, wyskubane 5,20 po złotówce na łebka.
Secundo - faza. Zawiśnięcie na furtce, przewieszenie się przez siatkę, nie pamiętam jak uzbierany najpiękniejszy bukiet kwiatów w moim życiu, Chażol do tej pory nie chce mi powiedzieć, jak tego dokonałyśmy, pewnie sama nie pamięta, choć twierdzi inaczej;)
Tertio - trzydziestostopniowy upał, a ja zawinięta w koc, pod wisienką, niczym kokonik, doprowadzałam się drogą snu do stanu MWDD ('mogę wrócić do domu').
Quatro - jak już do tego domu wróciłam i ściągnęłam chustę z głowy, okazało się, że i Słońce pozostawiło wyraźne ślady na mojej buźce.
Wypad na działkę Karolci, pod Koninem !
Pierwszy raz zbratałam się z maryśką - wraz a Agą, na ogromnym materacu zaczęłyśmy śmiać się z gwiazd, przez gwiazdy albo do gwiazd, nie wiem...:) Potem robienie żółwia w zbożach, rower, który okazał się dręczycielem, w końcu rozmowa o orgazmach, pakowanie śpiwora i zwichnięta kostka...
Aj! Wycieczka! Do Brodnicy! Mój ulubiony śpiwór, który odjechał w dal, syry Błażka przed moją twarzą, noc na huśtawce, "PIERZAKI !!!", kankan na suficie, rola dyrygenta ptasiej orkiestry, w końcu "tajne" wynoszenie butelek - akcja sprzątania po biwaku, klasowa droga na stopa do Brodnicy, żeby zdążyć na pociąg i zmęczenie - mimo wszystko ukoronowane uśmiechem...
Musztra przed lekcją z przysposobienia obronnego, kiedy przez przypadek, sprowokowana przez Madzię, która lubiła łapać mnie za tyłek, złapałam kolegę za jajka, chcąc "jej" oddać, pech chciał, że tylni rząd musiał przesuwać się właśnie o jedną osobę...
No i jesio pielgrzymka przed maturami do Częstochowy, jakby nie było, punkt zwrotny z mojej znajomości z Damianem!
Mogłabym tak pisać w nieskończoność...
I jeszcze jedno...
W naszej klasie zabrakło dwóch osób. Dziś nie ma już Ich z nami.
Z jedną byłam bardzo zżyta, ale poróżniła nas ludzka zawiść i twarde charaktery... Za twarde na słowo "przepraszam", które niestety nie zdążyło paść...
Puenta będzie banalnie prosta. Podanie ręki naprawdę kosztuje znacznie mniej, niż dozgonny wyrzut sumienia...
Może dlatego, że szaleńczo zrywało się zakazane owoce...
Od kilku dni uśmiecham się do wspomnień, a przyczynkiem są moje praktyki.
Gdyby tak chronologicznie przejść przez każdą klasę, można by z mojej pamięci wyłuskać wycieczkę, bodaj do Wrocławia, podczas której pierwszy raz byłam w teatrze i zakochałam się od razu! Wtedy też na tyłach autokaru, pojednawczo, zapoznawczo, integracyjnie oraz hucznie rozlewała się zza pazuch kolegów i koleżanek wódka!
Potem... chyba dyskoteka szkolna, jedyna zresztą podczas naszego pobytu w szkole średniej. Ale jaka! Pierwszy raz upiłam się i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że widziałam dźwięk, który odbijał się od kafelków w toalecie. Co więcej! Aby zneutralizować zapach alkoholu, dołożyłam wszelkich starań: żułam gumę, ssałam miętówki, był nawet hools, w końcu lizanie mydła... Fe! Do tej pory pamiętam ten "smak" i zdecydowanie to najgorsza rzecz, jaką miałam w buzi:P
Dalej... działki! Oj... Nawet teraz nie mogę powstrzymać śmiechu.
Primo - pierwsza nalewka, wyskubane 5,20 po złotówce na łebka.
Secundo - faza. Zawiśnięcie na furtce, przewieszenie się przez siatkę, nie pamiętam jak uzbierany najpiękniejszy bukiet kwiatów w moim życiu, Chażol do tej pory nie chce mi powiedzieć, jak tego dokonałyśmy, pewnie sama nie pamięta, choć twierdzi inaczej;)
Tertio - trzydziestostopniowy upał, a ja zawinięta w koc, pod wisienką, niczym kokonik, doprowadzałam się drogą snu do stanu MWDD ('mogę wrócić do domu').
Quatro - jak już do tego domu wróciłam i ściągnęłam chustę z głowy, okazało się, że i Słońce pozostawiło wyraźne ślady na mojej buźce.
Wypad na działkę Karolci, pod Koninem !
Pierwszy raz zbratałam się z maryśką - wraz a Agą, na ogromnym materacu zaczęłyśmy śmiać się z gwiazd, przez gwiazdy albo do gwiazd, nie wiem...:) Potem robienie żółwia w zbożach, rower, który okazał się dręczycielem, w końcu rozmowa o orgazmach, pakowanie śpiwora i zwichnięta kostka...
Aj! Wycieczka! Do Brodnicy! Mój ulubiony śpiwór, który odjechał w dal, syry Błażka przed moją twarzą, noc na huśtawce, "PIERZAKI !!!", kankan na suficie, rola dyrygenta ptasiej orkiestry, w końcu "tajne" wynoszenie butelek - akcja sprzątania po biwaku, klasowa droga na stopa do Brodnicy, żeby zdążyć na pociąg i zmęczenie - mimo wszystko ukoronowane uśmiechem...
Musztra przed lekcją z przysposobienia obronnego, kiedy przez przypadek, sprowokowana przez Madzię, która lubiła łapać mnie za tyłek, złapałam kolegę za jajka, chcąc "jej" oddać, pech chciał, że tylni rząd musiał przesuwać się właśnie o jedną osobę...
No i jesio pielgrzymka przed maturami do Częstochowy, jakby nie było, punkt zwrotny z mojej znajomości z Damianem!
Mogłabym tak pisać w nieskończoność...
I jeszcze jedno...
W naszej klasie zabrakło dwóch osób. Dziś nie ma już Ich z nami.
Z jedną byłam bardzo zżyta, ale poróżniła nas ludzka zawiść i twarde charaktery... Za twarde na słowo "przepraszam", które niestety nie zdążyło paść...
Puenta będzie banalnie prosta. Podanie ręki naprawdę kosztuje znacznie mniej, niż dozgonny wyrzut sumienia...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


