wtorek, 5 lutego 2013

Refleksyjnie



Podczas ostatniej wizyty w domu zatęskniłam za swoim pokojem, który teraz stał się graciarnią. Wciąż znajduje się w nim mnóstwo moich rzeczy. Kiedyś stanowił enklawę, dziś to głównie wehikuł czasu...
Kurde, strasznie się cieszę, że mojego dzieciństwa nie zdominował ekran, który dziś działa na mnie jak magnes. Niby wszystko w nim jest, a tak naprawdę nie ma nic...

Bo... Kiedyś były listy, mam ich całe pudło. Każdy  napisany przez kogoś własnoręcznie, widać charakter pisma, niektóre jeszcze pachną - czasem kropiło się je perfumami, inne śmieszą pstrokacizną serduszek, kwiatków, ba! niektóre nawet błyszczą - klej i brokat, jak na tamte czasy to była dopiero awangarda!
Jednak widać w tym wszystkim zaangażowanie, pisaniu takich listów towarzyszyła intymność. Ja/ktoś, papier, długopis, słowa i czas...
Na listy czekało się tygodniami a listonosz zwykle wiedział, że było się na koloniach, obozach - po nich częstotliwość korespondencji wzrastała, bowiem taki tylko był sposób utrzymania znajomości z drugiego końca województwa czy nawet Polski, no i jeszcze telefon, ale nie każdy go miał.
Dziś z kolei są maile, mamy gg, skypa. Dzieciaki mają Internet, różne wzory i kolory czcionek, emotikony, inne cuda wianki... Wszystko takie gotowe, wszystko takie szybkie, bez krzty rytuału...
Po co więc kaligrafować, ślinić znaczek, zaklejać kopertę, wpisywać nadawcę, adresata, wrzucać do skrzynki i czekać aż za 4 dni dojdzie... "Bez sensu".

Znalazłam też stertę referatów z podstawówki i gimnazjum. Pierwszy napisałam w IV klasie - dotyczył higieny jamy ustnej, wówczas po prostu nosił tytuł "Dbanie o zęby":).
Dalej już tylko rekordowe papirusy. Chyba mieliśmy taką cichą rywalizację, kto napisze dłuższy referat - dosłownie! Dolepiało się kartkę do spodu poprzedniej, ktoś tam pamiętam zrobił taki, że aż turlał się po ziemi... W gimnazjum trzeba było zmienić "płaszczyznę", tym razem szło o grubość ;).
Każda z tych prac wiązała się z godzinami spędzonymi w bibliotece, wertowaniu książek, wybieraniu obrazków, kserowaniu materiałów i w domu dopiero rozpoczynało się robotę.
Wszystko pisaliśmy ręcznie, pomyłka nie wchodziła w grę, nie było magicznego klawisza backspace, co najwyżej korektor. Tekst co prawda przepisywało się żywcem, bardziej wtajemniczeni stosowali parafrazę, obrazki wycinaliśmy, przyklejaliśmy w odpowiednie miejsca, pamiętam, że wiele z nich trzeba było jeszcze kolorować, szczególnie jakieś mapki i wykresy na historię czy geografię.
Ale wszystko to było rzemiosłem.

Dziś sprawę załatwia Firefox, wszystkowiedzące Google, kopiuj -> wklej i drukuj.
Zadałam raz dzieciakom w szkole banalną pracę domową. Mieli na podstawie słownika synonimów wypisać jak najwięcej wyrazów bliskoznacznych słowa fajny. Zwyczajnie brakowało im zamienników, kiedy o czymś opowiadali. Zaleciłam, by udali się do biblioteki, to raptem 15-20 minut pracy.
Następnego dnia zebrałam około 20 zeszytów. W połowie sprawdzania myślałam, że mnie krew zaleje. Prawie wszędzie to samo:  http://synonimy.ux.pl/multimatch.php?word=fajny&search=1... Prawie, bo jedni przepisali wszystko jak leci, inni - patrz "zapominalscy" przy spisywaniu na przerwie po prostu zamienili kolejność, a totalne leniuchy nabazgrały pierwsze trzy, cztery słowa... I to nie  było jednostkowe zdarzenie...
A ważne jest to, że pewne nawyki pozostają na zawsze.

Dalej,  w zeszycie od religii z II klasy znalazłam skasowany bilet. Niby nic, ale zeszyt liczy już prawie 20 wiosen !!!, a bilet ma wzorek z dziurek :). Kto pamięta te kasowniki? I bilety za 1500 zł? :) Nie wspomnę o tłuczeniu się przez miasto chyba czerwono-białym Jelczem. W ogóle to nawet stare linie A i B pamiętam, odpowiedniki dzisiejszej 50 i 51:).

Te godziny, które dziś dzieciaki spędzają przed komputerem, grając, odkrywając dobrodziejstwa Internetu, różnych programów, itp - daj Boże :P , my spędzaliśmy zupełnie inaczej.
Biegało się po górkach, buszowało w zbożu, goniliśmy motyle na łąkach (nie napiszę, co robiłam, jak już je złapałam, wstyd mi do teraz), zakopywaliśmy słoiki ze skarbami, ryliśmy podziemne bazy albo tworzyliśmy je na budowach, wymyślaliśmy przeróżne zabawy, rysowaliśmy własne kroniki, żuliśmy czekoladowe Hity, bo lizać się tego nie dało, abo kupowaliśmy "na spółę" musującą oranżadę w proszku (w ogóle to rachunek w sklepie stanowił urwaną kartkę, na której wszystko zliczone było pod kreską:)).
Sprawdzaliśmy możliwości górali i składaków, zakładaliśmy się kto wykona dłuższy zryw, wracaliśmy do domu z potłuczonymi kolanami i łokciami, ale i satysfakcją, że wyszła jakaś akrobacja na rolkach.
Osobiście przeniosłam dziesiątki litrów ciepłego, krowiego mleka w kance od Wanatki i wyskrobałam tonę młodych ziemniaków:). Pieliłam ogródek, chodziłam na kradziejki - jabłek, żeby nie było :).

Później nieco się pozmieniało, bo na wagary już nie szliśmy po to, by popatrzeć na koziołki pasące się na polanie, a raczej testowaliśmy działanie Coolera, wydawało nam się, że palimy papierosy, albo opalałyśmy się półnago gdzieś w życie rozmawiając o chłopakach ;).
A jeszcze później były godziny spędzone na krawężnikach z Przyjaciółmi, długie rozmowy o wszystkim i o niczym, pierwsze wyjścia do klubów, powroty na chwiejnych nogach, itd, itd...

Taka jest naturalna kolej rzeczy w dorastaniu, przy czym nasze pokolenie naprawdę było zdrowsze. Paradoksalnie, "nieprzyzwoitym" zachowaniom towarzyszyła jakaś kultura.
Nie bałam się wracać wieczorem do domu, nie spieprzałam w biały dzień z uliczki, gdzie przechadzali się oby tylko podchmieleni wagarowicze...
Szanowaliśmy się, mieliśmy mniejsze, większe autorytety, wiedzieliśmy gdzie są granice w relacjach międzyludzkich, podczas konfliktu i owszem,  publicznie obrzucaliśmy się błotem, ale nie pomyjami.

A dziś wszelkie granice się zacierają.
Mamy do czynienia z pokoleniem instant, więc wszystko też jest w większości mało odżywcze, bezwartościowe. Ale do strawienia. Przy czym jak już się człek skusi, to się potem męczy ze sraczką.

Nie chcę, żeby ktoś źle zrozumiał moje intencje, nie mam na celu obrażania młodzieży, skarżenia się na Internet, z którego sama wciąż korzystam.
Chodzi mi o to, że powstaje jakiś inny rodzaj wrażliwości, dość płytkiej, pozbawionej wartości innych niż korzyść i konsumpcja [sic!]. I ona sukcesywnie zaczyna wszystko przenikać...
Chciałabym móc coś chociaż spróbować zmienić, póki jeszcze mam charyzmę, ale w wielu miejscach, gdzie mogłabym to zrobić, moje CV jest mało przekonywujące.
Podobno brak mi doświadczenia. 

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Coś dla oczu

Pisać kocham od zawsze, mam to we krwi, jakkolwiek mi to wychodzi.
Jest jeszcze coś, co mnie absorbuje, co pozwala się zrelaksować, co sprawia, że nie czuję się intelektualnie szara, nijaka. To fotografowanie.

Nie jestem w tym wszystkim arcytwórcza, moja znajomość lustrzanki ogranicza się do zmiany przysłony na manualu, jednak wyjście z aparatem w plener daje mi mnóstwo frajdy, satysfakcji. I jeszcze efekty czasem podobają się innym.

Każdy ma taki świat, jaki widzą jego oczy. Chciałabym Wam przemycić cząstkę mojego mikrokosmosu.
Zapraszam ;)

http://miraculumexmachina.blogspot.com/




sobota, 5 stycznia 2013

Jak trwoga...

to do Ani.

Ciekawie mi się zaczął 2013 rok. Minął dopiero 4 stycznia, a ja już mam trzy polonistyczne przypadki do odratowania i ogarnięcia. Niby "bezrobotna" ale zapewniam, na brak pracy nie narzekam;)

Zeszły rok fajnie mi się zakończył, mimo, iż przez te życiowe peryferia raz leciałam na wozie, raz pod wozem. Prawko w listopadzie zdałam. Ba! W sercu wielkopolskiej dżungli i za pierwszym razem!
Nie wiem jak to się stało, jednak w życiu NIC nie dało mi tyle satysfakcji. Przez 26 lat zapewne nie wyprodukowałam tyle endorfin co w dniu egzaminu. A poszłam na chillu, no bo gdzie by mi do głowy przyszło, że zdam.
Wszyscy byli w szoku, ja w największym:) Ale teraz to w ogóle szok za szokiem szok pogania, bo Damian podczas jazdy ze mną zdążył się już nabawić "syndromu tira" - przeżył traumę kiedy to z rozmachem wyobraźni i niewyobrażalnie minimalistycznym wyczuciem przestrzeni wyprzedzałam jakąś wielką lawetę, ale odpuszczę sobie opisywanie okoliczności...
W każdym razie pokory mi nie brakuje i wiem, że jeszcze wiele rzeczy muszę się nauczyć.

Noworocznych postanowień nie mam, bo jak już mam się rozczarować to wolę pozytywnie.
Znam siebie i wiem, że moimi naczelnymi cechami są słomiany zapał i to, że czasem więcej mówię niż robię.
Jednak są zadania, przed którymi chciałabym stanąć, bo przydałoby się podszkolić angielski, znajomość Excela i przede wszystkim wprowadzić regularną aktywność ruchową!
I jeszcze to, co mnie prześladuje od liceum... Tatuaż. Mój drobny, niepowtarzalny anioł... Będę go miała. Prędzej czy później.

No. A tak prywatnie marzy mi się wyprawa na Hel, ale Hel taki zatracony w zimie, w śniegu...
Ciche i spokojne wybrzeże, ciężkie fale, granat morza, przeszywająca świeżość błękitu i bieli...
Kutry grzęznące w krach, kryształowe sople na falochronach, i skrzące się w nich promienie słońca...
Kocham PATRZEĆ na świat. Mogę go chłonąć wzrokiem...
A morze to moja największa miłość.
I całkiem poważnie, czy znajdę towarzysza czy nie, kiedyś przejdę nasze Wybrzeże od wschodu po zachód, piechotą. Taki dłuższy spacer. A co!



I jesio piosenka, stara jak świat, ale poza głównym wątkiem rozstania, brzmią w niej piękne frazy o morzu...





czwartek, 8 listopada 2012

OBŁĘDNIE!

Wychodzę z psem, ładny poranek.
Kola wykupczyła się raz, oczywiście sprzątnęłam. Jak zawsze.
Wracamy, ale między blokami widzę, że coś jej się tam dzieje i ciągnie na trawnik.
No nie dało się jej przewlec... Kupczy po raz drugi, co się nieczęsto zdarza a ja sobie w głowie już myślę, że po woreczek wskoczę do sklepu, bo szybciej - żeby sraka długo nie leżała, bo mnie tu przecież zlinczują.

No i kurwa wilka z lasu wywołałam.
Nagle widzę jak z okna balkonowego znika firana i wychodzi jakaś babcia i do przechodzącego faceta, który sprząta osiedle mówi tak:
-Panie, tych konfidentów to dziś pełno. Zobacz Pan jak sra! 

O nie... Już mi ciśnienie skoczyło.
Nawet jakbym miała ten woreczek franca by nie poczekała, tylko od razu przystąpiła do ataku!
Tamta biurwa klekoce, a facet na spokojnie mi mówi, że ma nadzieję, że to sprzątnę. Odpowiedziałam, że pewnie, zawsze sprzątam, tylko coś jest z psem nie tak, bo już raz się załatwiała i wykorzystałam woreczek, a nie mam drugiego. Gość jeszcze ze mną chwilę pogadał, nie krzyczał, nie unosił się. Zwyczajna wymiana zdań, na jego miejscu również zwracałabym uwagę...
Mnie też wkurzają właściciele srających na trawnikach między blokami psów, ale tacy, co jak się kejter wypróżni, po prostu idą dalej. Jak gdyby nigdy nic...

No nic, poczekałam aż Kola skończy, wróciłam do mieszkania, żeby ją zostawić, wzięłam woreczek i poszłam to gówno sprzątnąć.
Babiszon widzę dalej w oknie, więc nie omieszkałam jej powiedzieć, że po co było tyle wrzasku?! A jak zamierza w tym oknie tak inwigilować, to niech opieprza tych, co faktycznie nie sprzątają.
No to usłyszałam litanię, normalnie oberwało mi się kurwa za wszystkich: że osiedle śmierdzi szczochami, że po co trzymam psa w blokach, kto to w ogóle widział!!! Bla, bla, bla...

Miałam jej powiedzieć, żeby może zweryfikowała dbałość o higienę intymną skoro wszędzie czuje te siki i jak już z niej taka estetka, to niech sobie balkon sprzątnie, bo odkąd tu mieszkam wiecznie ma syf, ale darowałam sobie, zwyczajnie machnęłam ręką i odeszłam. Głupie to i awanturne...

Czemu w tym kraju najpierw się wrzeszczy?!
Już w Skoku wyrobiłam sobie portret Polaka, któremu "coś" się nie zgadza. Niestety to wszechobecny schemat...
Idzie to wtedy jak Szkop na wojnę z całą artylerią argumentów, zwykle jednak nieprzemyślanych - drzwi jeszcze porządnie nie otworzy, a już jazgot słychać...
W sklepie, na ulicy, w urzędzie, u lekarza, w księgarni, w restauracji  to samo...

Czy naprawdę tak ciężko zrozumieć, że człowiekowi bardziej wstyd, gdy mu się zachowawczo i dobitnie zwróci uwagę? Mam wrażenie, że 90% osób tego nie rozumie...
Problem chyba jest większy, aniżeli mi się wydaje... Taka to już chyba nasza mentalność...