sobota, 9 maja 2009

"Niepytany głupkiem zwany". Z kroniki ludzkich przypadków...


Muszę podzielić się pewnym typem sytuacji, jakich mi życie nie szczędzi...
Bywają złośliwe, stresogenne, adrenalinopodnośnie, śmieszne.
I nie potrafię przejść koło nich obojętnie, bez słowa... I wtedy stają się częścią mojej egzystencji.
A że mam zdolność podnoszenia banałów do rangi ewenementów, to już kwestia charakteru, ale przez to jest o czym pisać, i co czytać. ;)

Ostatnio często chodzimy na spacery. Po pierwsze z obowiązku, ponieważ mamy Kolę, po drugie dla przyjemności.
Pogoda piękna, a nad Wartą sporo ludzi. Zaraz przy zejściu z wału mieliśmy okazję zaobserwować scenę. Grupa młodych dziewczynek grała w siatkę, i towarzyszył temu szczery śmiech i nietłumiona radość.
Kilka metrów dalej leżała kobieta, która zaczęła na te dzieci krzyczeć. Według niej hałasowały, zachowywały się za głośno, i jak tak można???!!!...
Moja ciekawość natychmiast wzrosła. Ba! Jej ton i pretensjonalne podejście tak mnie zirytowały, że już było pewne, iż każde jej słowo potraktuję jako pretekst do skomentowania tego zachowania. Długo nie musiałam czekać, zrobiłam może cztery kroki, po czym usłyszałam, jak ciągnie temat dalej... "Powinnyście być cicho, tam macie dużo miejsca, chłopcy się tu z Was nawet śmieją, przenieście się..." Blabla bala...
Zawrzało, Anna nie wytrzymała...
Zaproponowałam, żeby się kobitka sama przeniosła, jak jej coś przeszkadza, i co to są za roszczenia w takim miejscu, ponadto skąd wie, z czego się Ci ludzie obok śmieją ( marny chwyt erystyczny zastosowała ), i ja nie widzę nic złego w tej zabawie... W odpowiedzi usłyszałam, że ona tam była pierwsza i się nie przeniesie!
I nie pomogło krótkie zdanko z jasną implikaturą, że to nie jest prywatna plaża i swoje niezadowolenie w takim miejscu może sobie wsadzić tak naprawdę w cztery litery...
Jej kontra na powyższe była arcyinteligentna:


-"NIEPYTANY GŁUPKIEM ZWANY"


Tyle miała mi do powiedzenia kobieta w wieku ok 35 - 40 lat... Zaśmiałam się i zdołałam tylko wydusić, że to idiotyczne powiedzenie w takiej sytuacji, doprawdy...
To był druzgoczący argument z jej strony...

Na takim poziomie rozmowy, powinnam była odpowiedzieć:


-KTO KOGO PRZEZYWA, SAM SIĘ TAK NAZYWA! ...


Ale darowałam sobie tą złośliwość, zresztą pewnie by nie pojęła...


Suma summarum, zganione dziewczynki już nie miały takiej przyjemności z gry, a zachowawszy swój młodzieńczy honorek na miejscu zostały. Nadrzeczna zrzęda mogła leżeć spokojniej, a ja mam o czym pisać...

"Niepytany głupkiem zwany"... Skąd ludzie biorą takie łapatologizmy... I dlaczego je głośno wypowiadają... Toż to kompromitacja w ustach dojrzałej kobiety... Dodam, że nawet Google nie zna tego ... hm... powiedzonka... :D

Roznegliżowane, małoletnie lafiryndki - źle, przyzwoicie się bawiące dziewczyny - źle...
Najlepiej, jakby sterczały pod blokiem i zamiatały girami piasek z kneblami w buziach...
Yh, wystarczyło im grzeczniej zwrócić uwagę, albo się przesunąć te parę metrów dalej, wszyscy byliby zadowoleni...


Zaraz przypominają mi się dwie równorzędne sytuacje w moim życiu...


Primo, mój debiut w zwracaniu ludziom uwagi. Pozwolę sobie przytoczyć tę replikę.
Sytuacja na dworcu kolejowym w Koninie, kilka ładnych lat temu, kiedy to planowałam pierwszą w swoim życiu samodzielną podróż, a wiadomo, jak funkcjonuje PKP:

-Przepraszam, czy ten pociąg do Koła jutro na pewno odjeżdża o 12.37?
-Dziecko, skończyłaś podstawówkę? Tam jest tablica z odjazdami.Nie umiesz czytać?
-Skończyłam podstawówkę, umiem czytać i widzę, że nad okienkiem jest napisane INFORMACJA, więc pytam czy ten pociąg pojedzie jutro o godzinie 12.37.
Po chwili dostałam odpowiedź:
-12.32.
Podziękowałam i odeszłam.

Secundo, sytuacja ze stycznia... Groźna, aczkolwiek jestem z niej dumna.;) Otóż jechałam na egzamin z kultury języka polskiego, a do tramwaju wsiadło dwóch naprutych delikwentów... Miałam pecha, bo usiedli za mną. I teraz tak, byłam wkurzona jak osa, bo pod kurtką gniotła mi się bluzką, a nie znoszę pogniecionych rzeczy; w myślach próbowałam posegregować swoją wiedzę, bo po nocce przyswajania sporego materiału ma się jednak w czerepku mętlik, a tu jeszcze taki ćwok mi nad głową klnie, śmieje się, rzuca iście durnowate komentarze, a wszystko takim tubalnym, donośnym i jazgoczącym głosem...
Jak na 7 rano, za wiele wrażeń...
Najpierw odezwała się jakaś babcia, w odpowiedzi usłyszała: - Zamknij się ty stara kurwo. Następny był chłopak z tyłu, usłyszał - Chcesz wpierdol, no dawaj...

O!!! Tego już było za dużo... Odwróciłam się, i doznałam tak zwanego FLOW... Pamiętam tyle tylko, że zaczęłam od słów: - Czy Ty się do cholery możesz człowieku wreszcie zamknąć?! Jest 7 rano... i poleciało... Składnie, konkretnie, krótko i zdecydowanie! Sama byłam pod wrażeniem, tego co, i jak powiedziałam...
Kiedy skończyłam, oczy wszystkich zwrócone były w moją stronę. Zapewne w każdej głowie wiły się dwie myśli: albo ją koleś zaraz zabije, albo ... ( tu można snuć domysły;) )...
Ku mojemu zdziwieniu, młody gorszyciel zamilknął, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...
Po kilku minutach, musiał jeszcze "zakogucić", i usłyszałam komentarz: - Ta ile ma kolczyków w tych uszach, jaki brudas, pank... W ripoście zaproponowałam mu tylko, żeby usunął brud spod paznokci i domył ręce, wtedy możemy dalej rozmawiać. Otworzyły się drzwi, wystrzelił z ojczulkiem, jak z procy, oczywiście na pełnym szpanie, barami zahaczył o progi...

Nie wiem skąd tacy ludzie się biorą, skąd we mnie tyle "heroizmu", bo mogłam oberwać, i skąd taka językowa mobilizacja, którą chciałabym mieć zawsze...!!!
Przez starsze babcie zostałam pochwalona, do Maiusa weszłam w pogniecionej bluzce, egzamin zdałam na 4, i było git.



No... Długaśny post...
Kto dotrwał do końca?:D

środa, 29 kwietnia 2009

do lata, do lata, do lata piechotą będę szła...


Mój ulubiony opis na gg :)

A piosenka... Oj...
Bajmu nie znoszę, Beaty jeszcze bardziej, ale utworek fenomenalny, tak muzycznie lekki i przyjemny jak nieśmiałe, pierwsze, wiosenne, słoneczne promienie...

No i przede wszystkim do lata coraz bliżej...
Nie da się opisać słowami mojej wewnętrznej radości, która towarzyszy mi od dwóch dni... Słońce, błękitne niebo, mozaika barw, ciepły wiatr, kwitnące drzewa, zapach zieleni, sama zieleń!, lekkie powietrze...

Na głowie mam tyle rzeczy i problemów, że aż strach się bać, ale błogość za oknem relaksuje i sprawia, że chce się podejmować wyzwania i rozprawiać z kłopotami. Budzi się optymizm i zapał. Budzę się ja...

Z hibernacji wybudziłam się podczas wyjścia nad rzekę z Wojaczkiem w dłoni.
Przypomniały mi się czasy, kiedy to była chwila na egzaltacje, szaleństwa i głupoty. Niczego jeszcze nie zdominowała rutyna, powszedniość, obowiązki, pośpiech, którym bezlitośnie zarażają duże miasta. Nie było zniewalającego Internetu, były książki, ołówki, farby i papier... Tak, tak, Aneczka kiedyś nawet rysowała...:) Życie nie stało też w miejscu, łobuziarstwo i strawa duchowa to były priorytety, a pojęcie nudy nie istniało.

Wiecznie młodym i beztroskim być nie można, ale nie należy się za szybko starzeć... Ja postarzałam się za prędko. Gdzieś zapodziało się pozytywne wariactwo, głód adrenaliny, podejmowanie wyzwań, niepokorność...
No i ten mój Wojaczek buntownik, czytany na wyrywki, ta poezja przed moimi oczyma i wokół, uświadomiła mi, że czas się zbudzić, otrząsnąć i zacząć coś robić ze swoim życiem. Nie wiem, czy to oby nie będzie słomiany zapał, nieważne... Ważne, że żyje się bodźcami... Albo chwilami, jak to w piosence Dżemu było...

Do lata będę szła piechotą, wyboistą drogą, o pracę roczną z hlp się potknę, o sesję, ale to nic... Wstanę, otrzepię kolanka i będę się cieszyć Słońcem, dobrą pogodą, młodością. Kocham ciepło, błękitny firmament, siklawę promieni... Dla mnie to będą zawsze synonimy beztroski i energii...




Aaaaaa! I jeszcze coś! Taki bonus ode mnie i Mistrzunia Wojaczka:

Prośba

Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mej wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz








niedziela, 5 kwietnia 2009

cały czas w temacie acz aluzyjnie


Wiatr.
Może sobie napierać
i hulać złośliwie.
Opóźniać mój marsz,
huczeć i straszyć.

--Kiedy los nie sprzyja od zawsze,
wiatr nie odstępuje od świadomości.--

I ma swój triumf,
gdy w nieradzie opuszczam ręce i płaczę -
wtedy tylko czuję jego siłę.
I tylko wtedy.

Wiatr...
Wiem, że jest częścią mojego przeznaczenia,
ale wmawiam sobie, że jest nim również szczęście.

Idę przed siebie!
Ignoruję wiatr.

środa, 1 kwietnia 2009

Wiosenne porządki

Piękna pogoda, poranek, oczekiwanie na tramwaj...
Ponieważ nie lubię bezczynnie czekać, postanowiłam oprzątnąć swoje kieszenie w kurtce. Już nie było gdzie ręki włożyć. Chusteczki, papierki po cukierkach, bilety, resztki psich chrupek, bo zawsze noszę dla Koli... No trochę tego było:)
Po kilkunastu sekundach patrzę, starsza kobitka robi to samo, co ja. Też wyciągała coś tam pełnymi garściami. Grzebała w tych kieszeniach dobre 2 minuty, aż podjechał tramwaj. No i jadę, i widzę na następnym przystanku powtórkę z rozrywki: jakaś dziewczyna też stoi przy tym nieszczęsnym koszu i wrzuca do niego zapewne zbędną zawartość swoich kieszeni. Cała sytuacja bardzo mnie rozbawiła. Pomyślałam o dwóch rzeczach: primo - no tak, całe baby, bo jeszcze faceta robiącego porządek w kieszeniach nie widziałam. Secundo - jakoś ta pogoda tchnęła w ludzi potrzebę zrobienia wiosennych porządków, nawet albo aż! w kieszeniach :D