sobota, 26 września 2009

Andzia goł tu Gris...



Nad wyjazdem do Grecji od początku wisiało jakieś fatum. Najpierw były problemy z funduszami, bowiem stypendium widmo nie chciało pojawić się na moim koncie, potem nie mogłam znaleźć potencjalnego pożyczkodawcy, w końcu stwierdziłam, że to znak i ze świeczkami w oczach we wtorek wrzasnęłam: Pierdolę, nigdzie nie jadę! Musiała paść ta fraza, żeby nagle wszystko się zmieniło!
W środę wpłynęły na konto pieniądze, a w czwartek już byłyśmy w drodze.

Droga...

Musiałyśmy z Karolcią dojechać do Katowic. Wyjazd autokarem stamtąd, planowano o godzinie 14. Wybrałyśmy taki pociąg z Poznania, że teoretycznie miałyśmy być dwie godzinki przed czasem. Praktycznie, miałyśmy cztery godziny opóźnienia i w Katowicach zjawiłyśmy się bodaj o 15.48... Z powodu powodzi zrobiono objazd, stałyśmy gdzieś na jakichś zadupiach, zżerałyśmy z nerw paznokcie, pokornie błagałyśmy kierowcę przez telefon, żeby czekał, a dochodząc do autokaru siły wszechmocne prosiłam, żeby nas ludzie nie zlinczowali...
Szczęście w nieszczęściu, oni również mieli jakieś kłopoty i w rezultacie przez nas wyjazd opóźnił się tylko o 15 minut...
Jechałyśmy dwa dni w autobusie, na siedzeniach uprawiałyśmy travel-jogę, zwiedziłyśmy średnio po dwie stacje samochodowe w Czechach, Austrii, Włoszech i Grecji... Szał... Acha! Z atrakcji pominęłam "lunapark" w strefie bezcłowej...

W gorącej Italii przesiadłyśmy się na prom. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że nie miałyśmy kajut, nasz poziom zaś był taką "pekapową" drugą klasą, czyi towarzyszyli nam Rumuni, Francuzi, Bułgarzy, Cyganie, Anglicy, Amerykanie, Włosi, Polacy... Prawie jak arka Noego, tylko w wydaniu: "ci oszczędni".
Cały dzień spędziłam patrząc się w morze, a noc przetrwałyśmy jakoś na krzesłach. Następnego dnia już zawitałyśmy w Atenach.
Na pierwsze wrażenie nie było czasu, bo zaraz musiałyśmy iść do biura Pomocy i Rośrednictwa Racy ARISTON (błędy są nieprzypadkowe, tak jest napisane na wizytówce). Tam panował sajgon... Pokój pełen starszych kobiet oczekujących na pracę, wszystkie pracowały bez umowy i my wśród nich przerażone i bezradne...
Pominę część perypetii, w każdym razie znaleziono nam pracę w restauracji, w miejscowości o nazwie: "O tu ją macie, w środkowym cyplu, nad samym morzem." Kiedy poprosiłam o powtórzenie, usłyszałam, że nie da się przetłumaczyć... >:) Kazano nam wziąć podręczny bagaż i do poniedziałku miałyśmy pozostać w hotelu. Czeski film...

Hotel nie był najgorszy, w samym centrum stolicy, więc byłyśmy zadowolone. Nie chciałyśmy myśleć, co to będzie za dwa dni i postanowiłyśmy korzystać z okazji. W sobotę odpoczywałyśmy, a cała niedzielę zwiedzałyśmy Ateny. Hmmm, dobra, w zasadzie to Akropol. Ateny nie są ładnym miastem. Zatłoczone, brudne, chaotyczne, głośne... Jedyną atrakcją jest owe wapienne wzgórze z mnóstwem świątyń i kilka mniejszych, jemu podobnych. Nie ma co, robią wrażenie... Dotykałam wieczności, historii, widziałam to, co dotychczas oglądałam tylko w podręcznikach przy okazji omawiania starożytności w różnych kontekstach. Niesamowite uczucie...

W tym miejscu czas przywołać pewną anegdotkę, bowiem korzystanie z toalet w Grecji, a w szczególności z tej na Akropolu, bywa... kłopotliwe. Są takie, w których człowiek nie wie, co zrobić z odchodami... I tak też mi się przytrafiło. Załatwiwszy się, chciałam złapać za spłuczkę, ale jej nigdzie nie mogłam znaleźć... Opukałam kafelki, obejrzałam muszlę... Wyszłam, rozejrzałam się, wszędzie tak samo... Siłom wszechmocnym dzięki, że mam na tyle dociekliwą naturę, że zaintrygowała mnie mała wypustka koło klopka, więc ją nadepnęłam i niespodzianka! Woda leci...
Umycie rąk po wymagających tego czynnościach też nie było proste! Podchodzę do zlewu a tam kran, jak kran, ale przez 4 minuty nie mogłam sprawić, żeby do jasnej cholery poleciała z niego woda...! I znów rytuały: macanie kranu, wywijanie rękami pod nim, opukiwanie kafelek i zabudowy, i tak samo przy trzech zlewach, dopóki przy czwartym nie zauważyłam nalepki, ażeby - o ironio!- NADEPNĄĆ NA WAJCHĘ POD ZLEWEM, ZNAJDUJĄCĄ SIĘ W PODŁODZE... Czizus myślę, takie mecyje w zwykłym kiblu...
Aaaaaa, jako ciekawostkę dodam, że w Grecji w 80% toalet papieru nie wrzuca się do muszli klozetowej, a do specjalnych śmietniczków, znajdujących się obok... Feeee- tyle mam w tym temacie do napisania.
No...
W poniedziałek pojechałyśmy do biura, zabrałyśmy bagaże i jakaś Bułgarka odprowadziła nas na dworzec autobusowy. Podróż miała trwać 6 godzin i tak zestresowane, nie znające przyszłości, która była jedną, wielką zagadką, ruszyłyśmy na koniec świata...
Przez całą drogę mijałyśmy tylko góry i morze, morze i góry, małe miasteczka, mieścinki. Wysiadłyśmy wreszcie i z kopertą, na której było coś nabazgrane czekałyśmy, aż ktoś nas odbierze. Przypomniała mi się scena z lektury Uczniowie Spartakusa, jak niewolnicy stali na targach z jakimiś tabliczkami. Żarty żartami, ale i my tak stałyśmy, a scena z książki miała wiele wspólnego z czasem spędzonym w Gerolimenas. Nawet nie wiecie, jak to dobrze, że to XXI wiek i można pyskować... Ale o tym później- praca będzie stanowiła osobny rozdział;).
Gerolimenas jest wioską turystyczną położoną na samym końcu półwyspu peloponeskiego- obrazowo to środkowy cypelek, a w zasadzie jego koniec;). Do Afryki miałyśmy raptem trzy godzinki motorówką. Było tam kilka domów na krzyż i cała ulica w restauracjach, tawernach i kawiarniach, ot, całe miasteczko. Ale niezwykle piękne, urocze. Każdego dnia miałam morze w zasięgu wzroku, wychodząc do pracy spoglądałam w jego bezmiar, wracając, moczyłam w nim obolałe nogi. Co najzabawniejsze, moje pojęcie plaży minęło się tu z rzeczywistością. Stanowiły ją bowiem wieeeeeeelkie, wygładzone kamienie, ale miało to swoje zalety.
Najpiękniejsze jednak w całym pobycie w Grecji było to, że ani razu nie padał tam deszcz, nie było burzy, nie wiało. Co dzień świeciło słońce, w którym skrzyło się morze. Było gorąco, a w nocy bardzo ciepło. Niebo było tak czyste, że brakowało tylko atlasu z gwiazdozbiorami, ażeby jakieś jeszcze poznać, oprócz Wielkiego Wozu;). Ach, no i po raz pierwszy zobaczyłam Drogę Mleczną... Poezja, bajka... Wrażeń nie da się opisać... Szkoda tylko, że tak mało się tym nacieszyłyśmy...


Powrót do domu odbył się wcześniej, niż planowałyśmy. Do Aten wróciłyśmy samodzielnie, odszukałyśmy biuro Pomocy i Rośrednictwa Racy i wyraziłyśmy swoje niezadowolenie. I już wiemy, skąd wzięło się przysłowie UDAWAĆ GREKA !!! Szkoda słów... Później wyjaśnię.

Znów spędziłyśmy w Atenach dwa dni. Tym razem postanowiłyśmy zobaczyć Parlament i Panathinaikos-Stadion. Pojechałyśmy też na plażę. Nie polecam, mają wstrętny piasek, taki przemysłowy, kurzył się, szary, zabierał mi przyjemność z leżenia... No ale co, plaża była? Była;). Swoją drogą podróż greckim tramwajem też jest przygodą. Wpadłyśmy do środka z biletami i szukamy kasowników, ludzie patrzą na nas jak wariatki, a to dlatego, że kasowniki były na zewnątrz, na przystanku. Konflikty na lini młodzi- starzy, mają także miejsce w Grecji. Jakaś babcia zaczęła opieprzać grupkę nastolatków, bo chyba im się zachciało bawić w kontrolerów. Piszę "chyba", ponieważ cholera wie, co oni tam mówili- cały nasz pobyt w tym kraju to w kontekście komunikacyjnym mieszanina języka migowego z angielskim... Po grecku - don ksero;).

Ludzie tam są niby normalni, ale jacyś tacy inni. Przede wszystkim faceci to samce- jakby ewolucja i kultura nie obowiązywała, chodziliby uślinieni, z wywalonymi jęzorami. Na widok kobiet cmokają, gwiżdżą. Oj, tam feministki miałyby co robić! Jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak przedmiotowym traktowaniem. Dziewczyna to zwykle lalka, którą chcą mieć, wiadomo do czego- do seksu i e w e n t u a l n i e do garów...Yh!
I tak na dobrą sprawę, nawet nie ma się za kim obejrzeć. Prawie wszyscy Grecy wyglądają jak Rumuni.
Szkoda słów w ogóle...
Dla przyszłych turystów, bo brońcie siły wszechmocne jechać tam do pracy!, dodam taką informację, że o godzinie 21 w Atenach nie można już zrobić normalnych zakupów. Markety otwarte są tam bardzo krótko. Nie ma całodobowych... I oni myślą, że my w Polsce jeździmy na osiołkach... Nie mają nocnych sklepów w stolicy, zużyty papier toaletowy wrzucać muszą do śmietników, nie ma na wsiach dyskotek w ogóle, są raczej w większych miejscowościach... Ech...
Tam nawet taksówkarze są pomyleni. Proszę jednego, żeby zawiózł nas na ulicę Marni a on do mnie, że to niedaleko, ze dwie ulice do przejścia... Pokazuje, że ok, wiem, ale our bag are heavy , a ona dale do mnie, że to over there, over there! Jeszcze się będę prosić taksówkarza, żeby mnie podwiózł... To se poszłam!!! Z wżerającą się w ramię torbą...
I znów powrót autokarem i promem, z tą różnicą, że na statku było już mniej ludzi i znalazłyśmy fajne miejsce na legowisko- nawet przespałyśmy noc. Dwa kolejne dni w autobusie sprawiły, że po wyjściu mogłyśmy się składać jak origami... Ja już nie wiedziałam, gdzie mi się zaczyna, a gdzie kończy kręgosłup, co więcej, zdolność kompresowania się opanowałam do perfekcji.

A w Polsce...


Byłam niemal pewna, że odpoczniemy w pociągu- sześć godzin teraz w polskim pekapie to był raj... No i co, no... W Poznaniu był koncert Radiohead i jechaliśmy ściśnięci, jak sardynki w puszce... Już nawet zrzędzić nam się nie chciało...

Andzia bek hołm.


Póki co tyle. Reszta wkrótce.

piątek, 11 września 2009

Z życia wzięte. (Patrz: Z autopsji )


Damian wrócił dziś do domu i mówi:


-Masz szczęscie,że w kwiaciarni nie można płacić kartą!

(Myślę sobie, że chciał wydać krocie na kwiaty...)


Po czym bez skrępowania dodaje:


-Bo chciałem sobie kupić trzy ceramiczne doniczki, bo mi się podobały!


Yh!




Mężczyźni, trzeba przyznać są urodzonymi romantykami... To nie pierwsza historia tego typu w moim pożyciu partnerskim. Podobna miała miejsce dawno temu, chyba jeszcze w czasach liceum, jeno rzecz jasna z kimś innym...
I tak też piękna sceneria, księżyc w pełni, gwiazdy, letni wiaterek, wtuleni w siebie leżymy, milczymy...
Pytam głosem uwodzicielskim, kobiecym, ujmującym:
-Skarbie, o czym myślisz?
-Ania, nie myślę, tylko pić mi się chce.

Ot, co usłyszałam. Szczyt romantyzmu!




Wkrótce podzielę się wspomnieniami z Grecji. Będzie trochę czytania i śmiechu;).

niedziela, 21 czerwca 2009

List motywacyjny


Muszę znaleźć pracę na wakacje. Ponoć połowa sukcesu do dobrze napisane CV i list motywacyjny. Wystarczy, ba! nawet trzeba dobrze nakłamać i zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną gwarantowane. Powiem szczerze, a właściwie napiszę, że stworzyłam całkiem niezłą, oficjalną wersję Anny Kusiak. Nieoficjalna bowiem, czyli prawdziwa, wyglądałaby mniej więcej tak:

Anna Kusiak
Os. KRÓLEWSKIE 35/30
61-156 Poznań

List motywacyjny

Nazywam się Anna Kusiak i jestem pseudostudentką trzeciego roku filologii polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Żerując na okresie wakacyjnym, patrz urlopowym, zwracam się z desperacką, jeszcze prośbą o przyjęcie mnie do pracy Waszej państwowej, absolutnie nienepotycznej instytucji, bowiem moja inicjatywa nie wypłynęła wcale z sugestii życzliwej mi osoby , która ów list doniesie w odpowiednie miejsce, tylko z ambicji i wiary, że nie zmarnuję się w sieci sklepów odzieżowych tudzież spożywczych.

Chciałabym aby moja kandydatura była dla Państwa oczywista i korzystna. Otóż powszechnie wiadomo, że będzie potrzebna dodatkowa osoba, by nie zrzucać masy obowiązków na osoby pozostające w pracy, podczas gdy inni będą smażyć tyłki na Majorce lub dziubać w swoich działkowych ogródkach, popijając procentowe napoje i grillując przez bite dwa miesiące. Jeśli wzbudzę Państwa zainteresowanie i chęć do współpracy, bo będziecie kompletnymi debilami, jeśli zamiast przyznania nowego etatu, zatrzymacie jakąś starą, sapiącą babę na wyczerpaniu, jestem w stanie zobowiązać się do stałej kooperacji – synonim do współpracy, bowiem od przyszłego roku planuję rozpocząć indywidualny tok studiów, co zakończy bezproduktywne obijanie się i nieograniczone surfowanie po Internecie, wpędzi w machinę rutyny i obrzydzenia do świata.

Wszystkie moje dotychczasowe zajęcia były niezobowiązujące i podejmowane jedynie w celach zarobkowych, chociaż i w tym miejscu przyznać trzeba, że mijałam się z celem. Otóż płaca była nieadekwatna do pracy, podczas gdy musiałam kroić 8, 11 godzin w markecie większym od siebie nożem i większe od siebie arbuzy, zbierać od rana do nocy na polu truskawki po marne 3zł za kobiałkę (dziennie z moim miejskim obyciem wychodziło od 10 do 20 , zależy jakie pole się trafiło), liczyć np. słoiki z ogórkami rozstawione arcystrategicznie na kolosalnych półkach czy folie, tzw koszulki do dokumentów, w liczbie około tysiąca podczas różnych inwentaryzacji, lub obsługiwać iście wirtuozyjną, niekonfliktową i przyjazną elitę kamiennicową z ulicy Ratajczaka, w sklepie spożywczym o wdzięcznej nazwie Delikatesy K***. Zdobyłam zatem ogromne doświadczenie, jak rozpoznać dojrzałe arbuzy od niedojrzałych po samym opukiwaniu, jak skrupulatnie oddzielać szypułkę od truskawki, jak ściągać słoiki z półek tak, by ich nie strącić, czy w jaki sposób ślinić palce, by rozklejanie stert folijek szło sprawnie, i w końcu jak szybko i wybitnie cienko kroić sery, wędlinę, wyzbyć się zasady „klient nasz pan” czy szantażować pracodawcę. Nabawiłam się alergii na starszych ludzi, kontuzji kolana i nerwicy. Za zdecydowany sukces mogę uznać w swoim życiu zawodowym uzbieranie 20 kobiałek truskawek, pełne skupienie w liczeniu do 870 folii czy zniesienie 16 kontenerów, 11 palet i 20 zgrzewek piwa do magazynu po stromych schodach w jedyne 28 minut.

Obecnie chciałabym się poświęcić innemu jeszcze zajęciu, by móc realizować ambicje i rozwijać umiejętności, np. w parzeniu kawy, stemplowaniu dokumentów lub odbieraniu poczty, jeśli tylko Państwo zatrudnią mnie w swojej placówce.
Jestem osobą leniwą ale zdolną. Wywiązuję się z powierzonych mi zadań, bo muszę, przez pierwsze dwa miesiące w miarę pilnie. Inaczej dzieje się, jeśli obowiązki mnie nie nudzą, ale takich mi teraz nie zlecicie. Potrafię w wybitnie chaotyczny sposób zorganizować sobie tok pracy, ale proszę mi wierzyć, że we wszystkim odnajduję się doskonale. Dobrze współdziałam w zespole dopóki wszystko idzie po mojej myśli, albo nim dowodzę. Mam wysoko rozwinięte zdolności związane z moim kierunkiem studiów. Nigdy nie wiem do końca gdzie stawiać przecinki, ale umiem zrobić tak, by tekst ładnie brzmiał. Jestem komunikatywna, mówię, co myślę a nie myślę nad tym, co mówię i mam dobrą dykcję, tylko cichy głos. Znam obsługę komputera, potrafię go włączyć, wyłączyć, ustawić tapetę, wygaszacz, rozmieścić estetycznie ikonki. Obsługuję podstawowe pakiety biurowe, czyli Word i Exel. Doskonale opanowałam rozstaw liter i cyferek na klawiaturze, umiem wypełniać tabelki. Znam język angielski, ale posługuję się nim jak mnie natchnie, łacinę podwórkową w stopniu zaawansowanym i podstawy włoskiego. Ponadto jestem kreatywna, szczególnie podczas czynności wypróżniania się, energiczna, jak się wyśpię i pojętna i bezkonfliktowa, podczas gdy nie mam zespołu napięcia przedmiesiączkowego, miesiączkowego i pomiesiączkowego.

Do listu motywacyjnego dołączam życiorys, bogaty w wiele implikacji, o których chętnie opowiem na rozmowie, która myślę się odbędzie, bo jak nie, miejcie na uwadze, że zmarnuje się tak nietuzinkowy umysł, stając się jednym z przyziemnych, żerujących, zawistnych, marudzących, wyzyskujących MOPR-y bezrobotnych.

Z góry dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej kandydatury. Za niepozytywne, obiecuję, że przestanę spłukiwać w Waszych toaletach, z których korzystam podczas eskapad na miasto.

Z uszanowaniem
Kusiak. Anna Kusiak

piątek, 19 czerwca 2009

"Być kobietą, być kobietą..." Ad vocem feminizmu - półżartem, półserio.



Od kilku dni, jeśli nawet nie tygodni (CZAS zdecydowanie stracił poczucie czasu i płynie za szybko !), mam "do czynienia" z pojęciem feminizmu, z ruchem feministycznym, trafiam na jakieś debaty w Internecie, telewizji związane z tym tematem... Wszystko jest dziełem przypadku, ale troszkę mnie to zainteresowało, zaintrygowało, nade wszystko jednak rozśmieszyło.
Znalazłam jakąś starą rozmowę Ewy Dąbrowskiej - Szulc z Januszem Korwinem - Mikke, potem wystąpienie tegoż samego Pana w programie Dzień dobry TVN.

( http://www.youtube.com/watch?v=qxXg4jlqo9E&feature=related , http://www.youtube.com/watch?v=ogO3af9F_cg )

Szkoda, że te materiały były pierwszymi, na jakie trafiłam, bo przez to, że są łatwo dostępne a tak krzywdzące dla ogólnego pojęcia feminizmu, potwierdzają stereotypy. Pani Ewa, chciałoby się złośliwie rzec, chyba przeszła mutację w dzieciństwie, w dyskusji natomiast była zbyt agresywna, a jedyne, co zapamiętałam to jej pretensjonalny ton wypowiedzi i "Nieprawda...!!!"
Pieńkowska na słowa Januszka reagowała jeszcze gorzej, jak zwyczajna kobieta - oburzeniem w głosie, mimice, i o. Merytorycznie mogła Januszka zaskoczyć, tym bardziej, że wszędzie powtarza te same argumenty, a i tok rozumowania ma prosty, bo głosi logiczne łopatologizmy. Wystarczyło się przygotować do wywiadu i przeprowadzić go z wrodzonym, kobiecym wdziękiem i jakąś strategią. Gniew i podnoszenie głosu nie są dobrą taktyką...
Przykład kolejny na feministyczną górnolotność. Wystawa w Collegium Maius...

( http://www.mmpoznan.pl/5186/2009/5/28/niegrzeczna-jak-studentka-polonistyki--zdjecia?districtChanged=true )

Nie chcę wnikać w stopień artyzmu i kreatywności, nie mnie to oceniać. Zdjęcia owszem, były wyzywające, jedno może nawet za bardzo, ale oprócz tego były zmysłowe, kobiece i miło było popatrzeć na metamorfozy. Nie obyłoby się jednak bez złośliwości... Kartka z opiniami zabazgrana przez dra literaturoznawstwa, któremu/której(?) zabrakło odwagi aby się podpisać pod swoją wypowiedzią i niepochlebne opinie jakiejś Pani G***,pracownika/pracowniczki! UAM, która stwierdziła, że zaskoczona jest tym, iż wystawa obeszła się bez żadnych protestów i została tak spokojnie przyjęta! Bo jakże można się dopuścić tak przedmiotowego traktowania samej siebie i kobiet w ogóle!
Nie chcę komentować wypowiedzi, zasłyszanych na korytarzu: "Z polonistycznych myszek przeszły w polonistyczne kurwy", "No jak szmaty takie"... Kobieta o kobietę zazdrosna, niech każda z nich przyzna szczerze, w głębi duszy, czy nie chciałaby aby i jej zdjęcie się tam znalazło... Zwykła zawiść, subiektywizm... A ważna była inicjatywa, idea, pomysł... Może w przyszłości zaowocuje kolejną wystawą stworzoną pod innym kątem, z innego punktu widzenia...Nie wiem...Polonistki w plenerze... Ale jak znam życie i naturę Polaków, przyczepi się wtedy Greenpeace lub Straż miejska...

Jest i już zawsze będzie w ruchu feministycznym mnóstwo wstydliwych i kompromitujących zjawisk, antynomii, chaosu - przynajmniej w ogólnym odbiorze. Nie wiem, dlaczego feministki tyle krzyczą, atakują, są nieustępliwe, zawistne, zawzięte. Wystarczy popatrzeć na Ewkę, no prawie pluła na Januszka kiedy mówiła... Doskonale pasowałaby do sufrażystek - chuliganek. Ja nie wiem, co miało na celu nie golenie nóg, wybijanie szyb w oknach, przykuwanie się do skrzynek pocztowych i cała reszta spektakularnych, kaskaderskich "wyczynów" angielskich czy amerykańskich inicjatorek... Kobietom nie przystoi chuligaństwo, a mężczyznom noszenie sukienek... A protesty można było i można nadal organizować inaczej, a równie efektywnie i efektownie.
Nie widzę też powodu, by w Polsce była aż taka fatalna sytuacja kobiet, by Ewka miała tyle powodów do niezadowolenia. Niech pojedzie do Iranu czy Iraku, Somalii... Może tam pojmie i ona, i reszta, czym feminizm powinien być.

Feministki są nadwrażliwe, nadpobudliwe, wszędzie widzą nierówność, niesprawiedliwość. Podobno działają w imieniu kobiet i dla kobiet. Ja mówię temu stwierdzeniu NIE. Feministki to kontrkultura, subkultura. Feministki są zjawiskiem kojarzonym negatywnie, wyśmiewanym. A dlaczego? Dlatego, że swoim zachowaniem sprawiają, iż nie przestaję myśleć, że leczą jakieś traumy z przeszłości. Skoro uroda nie może stać się atutem, to trza nim uczynić mózg. To jakiś rodzaj tarczy obronnej, ale nikt tak nie napiera, nie atakuje, nie czas na krzyki i agresję, demonstrowanie, kto gorszy, kto mądrzejszy... Dziś się współpracuje...
Na szczęście istnieją działaczki na rzecz kobiet, felietonistki, pisarki, inteligentki, które z wyczuciem, ze stanowczością i obiektywną oceną dokonują analizy relacji i zjawisk, jakie panują między płciami, w społeczeństwie. Nie krzyczą, a działają. Realizują się w pełni i nie widzą przeszkód, na drodze do sukcesów.

Cieszę się, że jestem kobietą. Tylko szkoda ,że nie dość ładną;).
Odpowiada mi, że schodząc ze schodów mężczyzna idzie przede mną, że otwiera mi drzwi, podaje kurtkę, odkręca słoik, ustępuje miejsca w tramwaju. On mi wtedy nie demonstruje swojej siły, wyższości. Pokazuje szacunek i dobre maniery.
Lubię pokuchcić, to mi nie uwłacza. Kiedy mężczyźnie ugotuję coś dobrego i widzę, że mu smakuje, to wiem, że tylko plusuję, i w odpowiedzi dostanę bukiet kwiatów, a nie wodę kolońską.
Jeśli w Maiusie pojawiła się taka, a nie inna wystawa, to ma na celu pokazanie, że kobieta nie jest przedmiotem, ale ma świadomość swojej zmysłowości, niepokornej duszy. No i trzyma w ręku nie byle jaką książkę...
Nie sądzę też, aby kobiety na kierowniczych stanowiskach miały gorzej od mężczyzn. Jeśli płacą im mniej, to widać nie zasłużyły, a gafowatość trzeba sobie jakoś wytłumaczyć, no to niech będzie dyskryminacja.

KAŻDY JEST TYM, KIM SIĘ CZUJE.
Raduje mnie fakt, że mam piersi, delikatną skórę, wcięcie w talii... Uwielbiam kobiece ciała i nie widzę powodu, żeby kobiety były gorsze tylko dlatego, że są kobietami. Nie czuję się słabsza, gorsza, nieuprawniona. Nie czułabym się tak nawet 200 lat temu. D'Arc, Skłodowskiej - Curie, Szewińskiej ruchy feministyczne do szczęścia nie były potrzebne. I mi nie są. Nie interesuje mnie zmiana systemu gramatycznego, by było w nim więcej kobiecych form, ilość kobiet w parlamencie, to, że 99% filmów porno rozpoczyna się od robienia facetowi loda, przez kobietę naturalnie, albo, że magazyny dla panów skupiają się tylko na cielesności. Przecież to kobiety na to wszystko zezwalają, dają się poniżać i wpędzać w machinę społeczną w innej postaci, niżby tego sobie feministki życzyły. Tak, jak się feministkom wydaje, że mężczyźni rozporządzają światem, tak ja śmiem twierdzić, że i my jesteśmy w stanie owinąć ich sobie wokół palca. Wszystko jest siecią wzajemnych zależności. Dziś nie potrzeba feministek, dziś potrzeba działaczek społecznych. Feministka natomiast już nie pozbędzie się szybko etykiety Mamuta.

Zdaję sobie sprawę, że spłycam problem i zagadnienia feminizmu. Jednak tak myśli ponad połowa społeczeństwa. Wierzę jednak, że feministki przestaną kiedyś krzyczeć, a zaczną prezentować swój pożyteczny program. Przestaną kłócić się z mężczyznami, a zaczną realizować to, co mają w zamiarze, przestaną atakować, a zaczną chwalić się sukcesami. Przestaną wreszcie wytykać przedmiotowość, a i swój intelekt przyozdobią wdziękiem i urodą. Nawet Ewka nie wyglądałaby najgorzej gdyby się uczesała, ubrała w modniejszą garsonkę i poprawiła dykcję. W końcu wszyscy, kobiety i mężczyźni, jesteśmy estetami...