wtorek, 6 października 2015

Uczę się, jakim być nauczycielem.



Kiedyś chciałam coś prędko komuś zanieść, chodziło chyba o pożyczenie kasy - bankomaty, płacenie kartą to jeszcze była abstrakcja. Zbiegałam ze schodów i przypieprzyłam głową z całym impetem w otwartą bramę. Skóra na czole pękła, szpital, szycie i te sprawy. Matka wtedy powiedziała: "Dobrymi chęciami to jest dziecko piekło usłane." Nie bardzo rozumiałam o czym mówiła, przypadek i tyle.
Kiedyś tam, chodziłam z chłopakiem, który był  dziwny. Poza czubkiem swojego nosa nic nie widział. I jakiś też trochę nieporadny był, gburowaty. To, co mu fajnie wychodziło to pisanie, nic poza tym. Bardzo długo byłam wyrozumiała, tolerancyjna, pomocna... Jak to ja.
Pewnego dnia przyszedł jednak na randkę z plamą na kurtce, ale tak jebitną, że nie dało się jej zignorować.
I to było apogeum. Wyszła moja natura zodiakalnego barana.

Czasem niewiele trzeba, by powiedzieć "Dość".
Czasem też po prostu trzeba powiedzieć "Dość", szczególnie, gdy myli się milczenie z ignorancją, spokój z akceptacją i pobłażaniem, a uprzejmość ze słabością.


Tak, magiczna granica mojej tolerancji została dziś przekroczona.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Coś, czego i tak nie da się zamknąć w słowach.


Słabo znam starość. Ale widzę w niej piękno. 
Najstarsza książka, jaką posiadam to podręcznik do języka polskiego z 1930 roku. Pożółkłe karty z ogromem treści, krusząca się już okładka, notatki i podkreślenia delikatnie naniesione ołówkiem, sprawiają, że czasem spoglądam na nią i myślę, kim był autor i dlaczego akurat on ją napisał, bowiem nazwisko brzmi niepolsko, kto i w ogóle przez ile pokoleń nosił ją do szkoły, co się z nią działo podczas wojny, jak trafiła do antykwariatu...
Ta mała rzecz to nośnik dziesiątek, jeśli nie setek niewypowiedzianych przez 85 lat historii.
Owszem, jej treść wprowadza mnie w dzieje literatury romantyzmu na emigracji, ale co w tym życiowego... Moja książka zatem tak naprawdę milczy. Ale wciąż trwa. 

Inaczej jest z moim Wujkiem. Wczoraj, obok starości pojawiła się śmierć. 
Jest jakaś potężna siła, która sprawia, że człowiek staje się słaby. Jednak tylko fizycznie. 
W drżących mięśniach, niezrozumianym mamrotaniu, zapadłych policzkach, spierzchniętych ustach, siwych włosach, mimo wszystko jest szlachetność. 

Większość widzi chorobę, szpitalne łóżko, cierpienie, a ja trzymając Wuja ze dłoń, którą mocno ściskał, poczułam i zrozumiałam, jaki ogrom czasu wykradł wieczności, ucierając jej nosa, bowiem okazało się, że ból można zawsze zamienić w żart, a w ostatnich świadomych (ja to wiem) podrywach i gestach, opowiedzieć więcej o życiu, niż za pomocą słów...

W całym tym obrazie starości widzę historię opowiedzianą do końca. 
Nieporadność i otoczka szpitalna, nie była w stanie przełamać tego, co ten człowiek wypracował krocząc przez życie prawie 80 lat. Wszystko to, co u kresu nazywamy słabością, ja już uznaję za paranie się z potęgą, o której nie mamy pojęcia, a wtedy człowiek staje się majestatycznie piękny i paradoksalnie... silny.

A słabością jest chyba tylko to, że to my nie będziemy umieli uporać się z pustką. 

poniedziałek, 27 lipca 2015

O wszystkim. I o niczym.

Mam 29 lat.
Pracuję w publicznym technikum. 
Mam męża-przyjaciela. 
Jestem początkującą ciotką. 
Wreszcie czuję się kobietą. 

Wszystko sprzyja, robię to, co kocham, rozwijam się w tym kierunku, czerpię z życia ogromną przyjemność. 
Nie wiem, jakie jest moje IQ, ale mogę pochwalić się ponadprzeciętną inteligencją emocjonalną. 
Siedzę sporo na Fejsie, ale kocham zapach nowej książki i w życiu nie zamieniłabym jej na audiobooka. 
Potrafię godzinami błądzić w sieci, ale to świat realny pochłaniam chytrze zmysłami, doznając niekiedy ekstatycznych uniesień. 
Jestem użytkownikiem Messengera, jednak to spotkania face to face napełniają mnie chęcią do życia i optymizmem, nieprzemożną potrzebą kontaktu z człowiekiem. 
Szanuję ludzi. Ich prostotę, skomplikowanie, różnorodność. Nie testuję, nie sprawdzam, nie eksperymentuję, bo po co... Od tego jest czas.
Świat staram się zamykać w prostych słowach, bo nie łechcą mnie przeintelektualizowane dyskusje. 
No taka już jestem. Albo coś bierzesz w pakiecie, albo wcale. Bo ciskanie w kąt, z uwagi na znudzenie, uważam za wybitnie niewłaściwe. 
Przyjaźń ma status wieczności. I jest święta, mimo, iż ani tego nie pokazuję, ani nie werbalizuję zbyt często. 
Jednak jak to ze świętością, lubi czasem zostać zszargana.






piątek, 30 stycznia 2015

Jadę sobie do szkoły. Autobusem. Czytam na tablecie ( to zaraz okaże się istotne ) regulamin konkursu organizowanego przez Filmotekę Szkolną, myśląc, że przedstawię go uczniom, może ktoś będzie zainteresowany.
Wsiada jakiś koleś, lat około pięćdziesiąt, długie włosy, broda, obładowany zakupami z Biedronki, patrzy na mnie i zaczyna mnie opieprzać:
- Bez tego nie możecie żyć co?! W głowach Wam się od tego przewraca. Nie myślicie. Nie używacie mózgu. A książki?! Potem takie debile chodzą. Po co to. Od ręki się nie odkleja.

Milczę, choć język mnie świerzbi. Ucichł.
Kilka minut później facet wyciąga dezodorant o enigmatycznej nazwie Fresh i psika nim sobie brodę.

- Pan też chyba nie używa mózgu. Stosuje Pan dezodorant i uwalnia do atmosfery freony, które niszczą warstwę ozonową Ziemi. Po co to? Nie lepiej wodą przepłukać? Nie wspomnę o tym, że zasmrodził Pan pół autobusu.

Spojrzał na mnie swoimi wielkimi błękitnymi oczyma, naburmuszył się, ale śmiech innych pasażerów chyba zniechęcił go do komentarza.

Ja wrócilam do myziania iPada, a on do ... cholera wie czego. :p