czwartek, 13 maja 2010
BZIK!
Ile jest w stanie zrobić człowiek, by drugi ludek mógł się szczerze uśmiechnąć!
Dostałam od Natalii wielki -ogromniasty bukiet dzikiego bzu! Takiego pachnącego! Wręcz całe gałęzie! :D
Nie wiem, jak to zostało przewiezione PKS-em, ale sprawiło mi tyle radości, że ho!
Dodam, że nawet Ewci na HLP udzieliła się wonna, bzowa atmosfera i powiedziała, że zapach kwiatów przenosi na chwilę w inny świat, wszystko oczywiście w kontekście Traktatu moralnego Miłosza;).
Suma summarum, gdzie bym się nie znajdowała, tam intensywnie bzikowało:D
Obecnie mi bzikuje w pokoju. I będzie jeszcze zapewne przez kilka dni!
No.
Tusiak oszalał na punkcie moich pierogów jeszcze chciałam dodać. Ponoć za nią chodzą... Też zbzikowała;) Trza będzie zrobić :).
Jesio niech Słoneczko wyjdzie zza chmur, i będzie pięknie...
wtorek, 11 maja 2010
Są takie chwile, kiedy czuję się naprawdę błogo. W błogostan zaś wprawiają zmysły, a na zmysły coś działa...
Kilka dni temu, późnym wieczorkiem usiadłam w kuchni, zapaliłam świeczkę, bo przepaliła nam się żarówka. Na szczęście.
Zrobiłam sobie herbatę, spoczęłam przy stole. Wokół pachniało bzem. Czas się zatrzymał. Przypomniałam sobie, jak bardzo kocham bzy, ich woń.
Jak rosły kiedyś tuż za moim oknem dziko, i białe, i fioletowe... Jak zrywałam ogromne bukiety, niosłam do domu wyszukując trzy- lub pięciopłatkowe kwiatki... Ponoć pochuchane i wrzucone za bluzkę przynosiły szczęście!
Jak rozbierając się do snu, wypruszały się spod ubrania i wyskubywałam je z dywanu, wkurzona sama na siebie, że wierzę w takie zabobony.
Ale jakaż celebracja towarzyszyła wtedy wniesieniu bzu do pokoju, do mojej oazy! Porządek na ławie, odkurzanie, układanie bibelotów jak należy, tylko po to, by przed zaśnięciem lub po przebudzeniu popatrzeć, jak stolik zdobią kwiaty...
Taka to już z lekka zboczona natura estety...
No i zapach... Tego nie zastąpi nic... Wyraźny, wesoły, lekki, rubaszny, krotochwilny, żeby nie powiedzieć figlarny... Sprawia, że zamykam oczy i uśmiecham się, nie wiedzieć czemu.
Chyba już żadna roślinka tak specyficznie na mnie nie wpływa.
Czekam jeszcze tylko, aż w zbożach pojawią się chabry. Tylko gdzie tu zboża w centrum metropolii... Czasem brakuje mi krajobrazów z dzieciństwa, nierozkopanych, nierozjeżdżonych, nie zobwodnicowanych, po prostu sobie będących, błogich, cieszących oczy. Bo dziś co mam?
Titidy, brumbrumy, bimby, markety, deski, bruki...
I tylko gdzieniegdzie alejki, kępy nieosikanych stokrotek, nieprzycięta trawa, przepychające się krzaki, czyli to, w co człowiek nie wetknął nosa, a co mnie koi, wycisza...
środa, 5 maja 2010
ZKLP: Jak się pit do Urzędu pracy wysyła... Czyli o tym i innych jeszcze ekscesach.
Pojechałam do swojego miasta, do laryngologa, bo szybciej było o wizytę tam, niż tu. Ale zapomniałam, że Konin rządzi się swoimi prawami! O ja niegodna... Córka marnotrawna...
W Poznaniu już niemal w każdej przychodni rejestracja odbywa się za pomocą studenckiej legitymacji, w zasadzie to wg jakiegoś tam rozporządzenia, ta ubezpieczeniowa jest już niepotrzebna...
Więc puściła się Aneczka po 7 rano do szpitala, w 3 przyulicznych sklepach nie mogąc dostać biletu, dopiero zakupiwszy go u kierowcy, pojechała, dojechała, doszła... Na ok. 8.30 miałam wizytę. Wszystko pięknie, cud miód i orzeszki, idę do okienka, że wreszcie, że już, dostanę coś, będę zdrowa... I co? I konińskie gówno. Chciałoby się rzec końskie!, wielkie, śmierdzące.
Trzeba było książeczkę ubezpieczeniową, która leżała w domu i nie była podbita - patrz- nieaktualna. I mimo, że gdzie indziej nie była wymagana, tu bez niej ani rusz. Zaczęłam się zastanawiać, czy to świat jest nazbyt pedantyczny, czy ja do cholery... Bo na nic zdały się argumenty rzucane desperacko już w panią okienkową, z brzuchem większym niż cycki, że legitymacja studencka jest dokumentem, który upoważnia już do rejestracji, że skoro przed tygodniem dostałam skierowanie od lekarza ogólnego działającego w NFZ to kurwa chyba wszystko jest aktualne, bo i uczelnia za mnie składkę opłaca ponoć i w zasadzie może sprawdzić w komputerze, bo przecież jakąś bazę danych mają... A ona, że nie jest centrum informacji... No ja pierdole... I tłumacz babie, że to nie dla mnie ta informacja, tylko dla niej...
Życzliwsi każą przynieść legitymację w ciągu 7 dni, ale i to nie przeszło. Ewidentnie miała zespół niespełnienia życiowego. Nic nie dało się utargować.
Zadzwoniłam po Bobra, bo teraz logistycznie, załatwienie pieczątki w Koninie to przedsięwzięcie kilkugodzinne, ale obwiózł mnie, załatwiłam co trzeba, nota bene zostałam uznana za swoją mamę, i do szpitala po raz kolejny. Tam już wszystko poszło prawie dobrze.
Prawie, bo z numerkiem 4 byłam na miejscu po dziesiątej i okazało się, że to już zakrawa na skandal! Toż to już 17, 18 i 11 czekały! Panią z 17 przepuściłam, bo jeszcze miała okulistę. Reszta oczywiście mnie tam z błotem mieszała, dopóki ich nie przywołałam do porządku. Zresztą Pani z 17 mi pomogła ;).
No.
Z ciekawostek, na wycięcie migdałków się nie zgodziłam. Czuję się z nimi dozgonnie związana. I basta.
W drodze z Urzędu pracy, w którym otrzymałam cudowną pieczątkę, weszłam do Skarbówki po pit, bo pomyślałam, że w zasadzie mogę go złożyć, ale była taka kolejka, że wzięlam tylko formularz i postanowiłam go wysłać pocztą. Wypełniłam, usiłowałam sobie przypomnieć potrzebny adres, kupiłam znaczek, kopertę, włożyłam i nie pytajcie czemu zaadresowałam w następujący sposób:
Powiatowy Urząd Pracy
ul. Zakładowa 7a
62 - 510 Konin
dopisek: PIT.
I nie wiedziałabym nic o tym, gdyby dziś do babci (mój stary nr kontaktowy) nie zadzwoniła kobitka i nie zapytała dlaczego wysłano pit do PUPu...? Ano pewnie dlatego, że tego dnia przeszłam traumatyczną nerwówkę, związaną z cudotwórczą pieczątką, potrzebną z tejże instytucji...
Generalnie, doszłam do wniosku, że chyba powinnam zmienić kolor włosów na wcześniejszy, bo to co jest moim roztrzepaniem i chaotyczną osobowością, co nie znaczy, że nielogiczną, ludzie mogą nazwać po prostu blondynką, idiotką, kretynką... A takiego uproszczenia nie zniosę.
Bo, summa summarum, irytujący jest fakt, że inaczej patrzy się, na blondynkę, inaczej na brunetkę, robiącą paznokcie 3 godziny. Obie tracą czas na duperele, ale! blondynka, pfi, czcza lala, brunetka po prostu chce dobrze wyglądać. Przynajmniej ja to to tak postrzegam...
BTW, niech nikt lepiej nie pyta, ile czasu niewprawionemu zajmuje francuskie pedicure...
Aaaa, i jeszcze dialog z wczoraj...
Wrócił Zając i Damian mówi jej, że ma nowy telefon.
Zając odpowiada, że fajnie. Ok.
Tylko Damian już nerwowo, chcąc pokazać odrzekł:
- No ale to jest iPhone...
- Na mnie wrażenia nie nie zrobisz. Bo ja się nie znam. - powiedział Zając. :D
Odnośnie Damiana, w jego świecie występują czasem dziwne przedmioty, które muszę identyfikować po kontekście lub dźwięcznym podobieństwie do czegoś... I tak też mamy salaretki oraz butalerki... :D
Pewnego pięknego dnia, pakując się do domu, zapytał gdzie jest ta salaretka, w której były zimne nóżki...
Dziś natomiast, rano, "z auta, wysiadło pięciu maturzystów i mieli identyczne gangi, wszyscy jednakowo, no tu włożone w te, białe no, jak to się nazywa?..."
- Butonierki Słonko (choć nie do końca o to chodziło)
- No, no butalerki!
- Butonierki.
- No przecież mówiłem, butonierki.
Wyłuskać coś z każdej doby... Bezcenne.
I tak też leci dzień za dniem... Każdy już majowy... Coraz bliżej lato.
czwartek, 29 kwietnia 2010
Sz[ał!] przedwyborczy
Ludzie mają ludzi za debili.
Ludzie robią z ludzi debili.
Szliśmy dziś z Damianem deptakiem na Półwiejskiej. Gwar, spacerowicze, ulotkarze, ulotkarze, ulotkarze, ankieterzy i nagle pach! Kobita z kartką i :
- Podpiszą się Państwo na liście?
Pytam - ale czyjej?!
- Andrzeja Olechowskiego!
Damian kręci głową, że nie, ja mówię grzecznie, że na Olechowskiego nie będę głosować i co usłyszeliśmy?
- A co to za różnica! I tak się gdzieś trzeba podpisać i tak!!!
Po pierwsze pod niczym nie trzeba się podpisywać. Po drugie, nawet nie trzeba iść głosować. Po trzecie różnica jest.
Herbata kupiona za 1.99 w Biedronce smakuje inaczej niż Lipton czy Dilmah... Tak samo gacie zakupione na bazarze za 2,50 z reguły prują się szybciej niż te z Triumpha, i do jasnej ciasnej buty z giełdy rozwalą się prawdopodobnie szybciej niż Adidasy...! Nie trzeba być inteligentem, żeby znać teorię różnic!
Nie jestem ignorantką, żeby mazać w podetkniętych tabelkach swoje imię i nazwisko, bo podaje mi się długopis do reki. Nie zatrzymaliśmy się na etapie rozwojowym homo erectusa tylko do cholery homo sapiens sapiens... Do czegoś to zobowiązuje i mnie, i koleżankę partyjną Olechowskiego. Dodatkowo przydałoby się tej Pani kilka zasad savoir - vivre, bo jej zachowanie było po prostu żenujące.
Abstrahując, wszystko powoli wraca do starego porządku, z tą różnicą, że w szafie piłka do siaty już domaga się boiska i kilku chętnych, badminton od niedzieli jest w stanie gotowości, ciuchy na półkach zostały przetasowane i lekkie, zwiewne są pod ręką, grill też już w użytku, więc nie pozostaje nic innego, jak tylko cieszyć się wiosną, małymi stokrotkami, zdobiącymi błogozieloną trawę, patrzeć, jak wszystko w koło kwitnie, czytać Wojaczka nad rzeką, wreszcie czekać na tasze z truskawkami !!!, na słodkie brzoskwinie, nektarynki i czereśnie, wyprawy nad jeziorko i może morze, moje kochane morze...
Do lata, do lata, do lata piechotą będę szła...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


